Radykalny freeride na Ukrainie - narty, snowboard, ratrak, sztos

Jaki jest najlepszy rodzaj wyjazdu? Każdy! Ok, ale drugi najlepszy, to taki, na który decydujesz się na godzinę przed wyjazdem.

Taki właśnie był nasz absolutnie spontaniczny, super szybki wyjazd na Ukraińskie Ratraki z Radical Tours.


Zaczęło się we wtorek ok 11.30. Zobaczyliśmy, że w busie do Dragobratu zwolniły się dwa miejsca, a prognoza zapowiadała okno pogodowe zaraz po świeżym opadzie. Nie żebyśmy się nie wahali. No bo kasa, no bo pakowanie, no bo praca, no bo w sumie, to bus już wyjechał i musieli byśmy złapać go po drodze. Pierwsza opcja - łapiemy pociąg do Krakowa za godzinę... Niestety nie daliśmy rady. Druga opcja - pakujemy wszystko do Miniaczka i pędzimy do Rzeszowa przeciąć tam trasę busa.

Udało się! O 18 wsiadamy do Radicalowej T5, zostawiając Miniaczka bezpiecznie na parkingu lotniska Jasionka. Jedziemy dalej. Szybka przeprawa przez granicę - na szczęście pamiętaliśmy o paszportach. A co dalej - ukraińskie drogi. To nie był nasz pierwszy raz na Ukrainie, ale pierwszy raz poczuliśmy, jak naprawdę się tutaj jeździ. Masakra, ale przynajmniej kierowca nie musi martwić się o znużenie. Ciągły slalom pomiędzy wyrwami w drodze utrzymuje adrenalinę na wysokim poziomie. Tak jedziemy sobie kolejne 5-6 godzin w góry. Wysiadamy z busa, wypakowujemy bagaże i... ładujemy wszystko do niesamowitej terenowej ciężarówki. Kolejne 40 minut pokonujemy 15 km w górę. Jest środek nocy więc, dopiero w drodze powrotnej zobaczymy tą trasę. Ok 2:30 w nocy jesteśmy na miejscu. Po tych wszystkich wybojach nasz pensjonat jest bardzo miłym zaskoczeniem. Czysto, ciepło, ładnie miło. Spać!


 To uwielbiam w takich dalekich trasach - dojeżdżasz na miejsce i wszystko jest tajemnicą aż do poranka. Rano budzisz się i widzisz niesamowity widok za oknem. W tym przypadku zobaczyliśmy piękne góry, dużo śniegu i czerwony ratrak.

Po pożywnym śniadanku ubieramy się. Szybki test detektorów lawinowych i wsiadamy do ratraka. WOW pierwszy wjazd ratrakiem w górę to coś niesamowitego! Niby wiemy, jakie stromizny pokonują ratraki, ale doświadczenie tego ze środka to kolejny poziom. Ratraki w Dragobracie występują w dwóch opcjach - kabrio lub z zadaszoną zamkniętą kabiną. Nasz był w tej drugiej wersji.

Po kilku-kilkunastu minutach jazdy dojeżdżamy na szczyt pierwszego zjazdu. Tam poznajemy dwóch lokalnych przewodników Kolię i Miszę. Chłopaki świetnie jeżdżą na nartach, a przy tym znają okolicę jak własną kieszeń. Nawet, jak w tym przypadku, pod koniec sezonu umieją oszacować, które ściany zgromadziły najwięcej puchu po ostatnim opadzie. No i ruszamy! Pierwsze metry nieco nas zaniepokoiły, bo na samej górze śnieg był wywiany i ruszyliśmy po twardym zbetonowanym podłożu. Ale spokojnie, to był tylko dojazd. Za chwilę wpadamy w dolinkę i ciśniemy po ok 30 cm puszku. Jeśli znasz to uczucie, to nie mam co reklamować. Jeśli nie znasz... cóż, to coś pomiędzy lataniem a surfingiem. Także lecimy sobie dolinką. Każdy ma miejsce, żeby wyznaczyć nową linię. Zjazd nie jest zbyt długi, jedziemy ok 2-3 minut. Nachylenie stoku pozwala spokojnie się rozpędzić, ale też nie ma obaw o zbyt duży poziom trudności. Co do zasady, ryzyko zejścia lawiny jest tam też dość ograniczone, ale oczywiście nie można go bagatelizować i wszyscy jeździmy z ABC lawinowym. Na dole czekamy chwilę na ratrak, który dojeżdża okrężną drogą.


Wsiadamy, jedziemy w kolejne miejsce. Zjazd, ratrak, wjazd i tak 12 razy w ciągu dnia. Trasy są zróżnicowane, czasem jedziemy po szerokiej ścianie, czasem po naturalnym half pipe w dolince, są też opcje zabawy w lesie. 

Po takim dniu, wracamy do ciepłego pensjonatu po południu. Chillujemy przy obiedzie. Wieczorem mamy jeszcze opcję wygrzać się w saunię lub w gorącej bani przy pensjonacie. 

Drugi dzień zaczynamy trochę wcześniej. Od rana robimy kilka zjazdów. W międzyczasie przy jednej z chatek zostawiamy pana z drewnem i smakołykami na grilla. Łapiemy kilka linii i zjeżdżamy na lunch w dolinie. Jeden problem - nie przewidziano opcji wegetariańskiej :( Jakoś to przeżyłam, nie lubię robić kłopotu. Zupełnie obiektywnie pan od grilla przyrządził pyszniutkie szaszłyki. Po lunchu kilka linii i  zjeżdżamy prosto do pensjonatu. 


Szybki obiad i pakujemy się w drogę powrotną. To w końcu super szybki wyjazd. Pod drzwiami czeka już na nas terenowa ciężarówka. Teraz wreszcie widzimy, jaką drogę musimy pokonać, żeby dostać się do naszego busa. Ta trasa tylko dopełnia całego doświadczenia. Trudno stwierdzić, czy to w ogóle jest droga. 


Żebyśmy nie przeżyli zbyt dużego, szoku ukraińskie drogi na trasie do granicy niewiele odbiegają jakością od tej górskiej dojazdówki. Ok 21 przekraczamy granicę. Żeby było fajniej przy tej okazji pierwszy raz przechodzimy kontrolę bagaży. ZA JA WECZ KA. Ale nie będę marudzić, bo jednak celnicy nie trzymali nas tam za długo. Jeszcze tylko 1,5 godzinki na polskich serpentynach i przesiadamy się znów do Miniaczka. Long story short - o 2:30 jesteśmy w domu.

I tak kończy się ten absolutny freride'owy sztosik. 

1. Koszt wyjazdu na ratraki na Ukrainę to około 1500 zł (w zależności od terminu). W tej cenie mieszczą się: dojazd na miejsce, noclegi z wyżywieniem, jazda ratrakiem i opieka przewodników, a do tego ewentualne dodatkowe atrakcje niespodzianki. Jeśli nie macie swojego sprzętu - tego do jazdy i ABC lawinowego, możecie wypożyczyć je za dodatkową opłatą.
2. Wyjazdy organizowane są w opcji "na prognozę". Można też zarezerwować termin z wyprzedzeniem.
3. Poziom trudności - określiła bym jako średnio zaawansowany. Trasy nie są bardzo strome. Nieco trudniej będzie po wyjątkowo dużym opadzie. Moim zdaniem freeride w tej miejscówce jest idealną opcją na pierwsze próby poza trasą.

Chcesz wiedzieć więcej? Napisz tu w komentarzu lub uderzaj bezpośrednio do RADICAL Tours.

Komentarze

Popularne posty