wtorek, 28 sierpnia 2018

Życie to sport ekstremalny, NIE śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową

Jak na razie życie każdego człowieka nieubłaganie kończy się śmiercią. Świat daje nam nieskończone spektrum przyczyn. Można umrzeć ze starości, można zachorować, można zginąć od rolki papy spadającej z dachu (serio real story), zginąć w wypadku samochodowym, spłonąć w kapsule NASA wracając z kosmosu, rozbić się lecąc na wingsuicie... niektórzy też przestają żyć długo zanim zostaną pochowani...

Jakiś czas temu powstało takie hasło - konkretnie tytuł filmu - życie, jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową. Analogia jest jasna. Dostając życie, dostajesz gwarancję śmierci. Jednak moim zdaniem ta analogia sugeruje, że śmierć jest jedynym celem życia, a jednocześnie największym wrogiem. Życie ze śmiertelną chorobą skupia się często na 1. ograniczeniu cierpienia i 2. odsunięciu śmierci jak najdalej. W skrócie na egzystowaniu jak najdłużej. Nie zgadzam się na takie traktowanie życia! Nie chcę całego życia przeżyć skupiając się tylko na bezbolesnym i przetrwaniu...

Ale chyba jestem Wam winna wprowadzenie... skąd taki temat... straszny, smutny temat. W zeszłym tygodniu dotarła do mnie wiadomość o śmierci jednego z czołowych polskich wingsuit'erów. Właśnie słowa jego partnerki zrobiły na mnie wrażenie, tak głębokie, że poczułam potrzebę przemyślenia życia takich ludzi. W pożegnaniu na jego profilu napisała m.in. "Jesteś dla nas wzorem pięknego i spełnionego człowieka"❤ Nie umiem bezpośrednio napisać do niej jak bardzo jest mi przykro ze względu na jej stratę, w takich sytuacjach nie czuję się uprawniona do wkraczania w żałobę... Może za jakiś czas, gdy przejdzie już do codzienności bez ukochanego, trafi na ten post i dowie się, że jej pożegnanie było dla mnie inspiracją (nie chodzi o inspirację dla tego tekstu, a do podejścia do mojego życia). 

Cóż angażując się w sporty ekstremalne wchodzimy w nie zasadniczo dla zabawy i radości, dawki adrenaliny i endorfin. Nie wybieramy (ani ja ani Andrzej) tej drogi, ponieważ jest ryzykowna, a raczej mimo tego. Ponieważ dbamy o ograniczenie ryzyka oddalamy strach i poczucie niebezpieczeństwa jak najdalej od siebie. Niestety szybko po zaangażowaniu w środowisko poszczególnych sportów dowiadujemy się, że prędzej czy później każdy z uprawiających ten sport traci kogoś znajomego, mniej lub bardziej bliskiego. W miarę zagłębiania się w ten świat są to coraz bliższe nam osoby. Dla mnie pierwszym takim realnym wydarzeniem była śmierć pewnego  21 letniego surfera. To było krótko po tym, jak sama, m.in. za jego sprawą pokochałam ten sport. Teraz odszedł kolejny człowiek, ikona w swojej dziedzinie, którego ja i Andrzej znaliśmy bardziej jako partnera strefowej koleżanki.


W świetle tego, o czym napisałam wyżej pojawiła się w mojej głowie taka myśl. Zamiast porównywać życie z chorobą, chciała bym traktować je jako sport ekstremalny. Myślę, że analogia jest dość prosta. Sporty ekstremalne - szczególnie osobom spoza tego środowiska wyraźnie kojarzą się z ryzykiem śmierci. Oddając się takiej ekstremalnej pasji, jak skydiving, surfing, wspinaczka wysokogórska, czy choćby wyczynowa jazda na rowerze zdajemy sobie sprawę ze związanych z tym zagrożeń, nawet z ryzyka śmierci. Niemniej jednak, choć naszym znajomym i rodzinom wydaje się, że bardzo się narażamy, to jednak Naszym celem nie jest zabić się, a wręcz przeciwnie, przeżyć jak najdłużej, do kolejnej i kolejnej przygody. Wiele osób zaangażowanych w taką ekstremalną aktywność żyje długo, bardzo długo. Niektórzy na pewnym etapie decydują się rezygnować z ryzyka i przesiadają się na bardziej bezpieczne hobby, bo ich przygodą jest teraz np. rodzina. Niemniej jednak część z nich traci życie, robiąc to, co kochają najbardziej.

Po co w ogóle myślę o różnicy tych dwóch podejść - życie jako choroba, a życie jako sport ekstremalny? Tu właśnie ważne są słowa młodej kobiety, która w obliczu straty ukochanego napisała "Jesteś dla nas wzorem pięknego i spełnionego człowieka". Podobnie, gdy dowiedziałam się o śmierci znajomego surfera, myślałam o tym, że gdy zginął trwał prawdopodobnie najlepszy rok w jego życiu. Od miesięcy realizował swoją ogromną pasję otoczony przyjaciółmi. Choć przed nim było jeszcze wiele przygód, to ostatni czas żył w 1000%. 

Mam to szczęście, że nie straciłam jeszcze nikogo mi bezpośrednio bardzo bliskiego w nagły sposób. Mam ogromną nadzieję, że nigdy nie będę musiała tego doświadczyć. Mogę jedynie zastanawiać się i interpretować słowa tych, którzy przeżyli taką stratę, co czują te osoby. Jakie znaczenie ma dla nich świadomość, że osoba, która odeszła żyła na 1000%? Jakie znaczenie ma dla nich świadomość, że jego/jej życie skończyło się w szczęśliwym dla nich czasie?

Ja sama myślę, że świadomość spełnionego, szczęśliwego życia ukochanej osoby, może dostarczać pewnego rodzaju ukojenia bliskim. Nic nie załagodzi w pełni ich bólu po stracie, ani nie wypełni pustki po bliskim. Myślę, jednak, że świadomość, że skończyło się szczęśliwe i pełne życie będzie choć minimalnym pocieszeniem. Na pewno większym niż była by wizja, że "planował zwiedzać świat na emeryturze", "chciał otworzyć wymarzony hotel... za 5 lat". 

Gdy umiera śmiertelnie chora osoba, często mówi się - przegrała walkę z chorobą. Zamiast mówić - wyrwała chorobie i śmierci tyle wspaniałych dni. Śmierć przyjdzie tak czy inaczej. Warto więc celebrować każdy dzień wyrwany z życia. Każdą złapaną falę, każdy bezpiecznie wylądowany skok. Gdy traktujesz życie jak sport ekstremalny, to na koniec dnia liczba przeżytych, na prawdę przeżytych, dni jest, będzie Twoim sukcesem. 

Nie chcę rzucać tu banałami o łapaniu chwili, życiu jakby jutro miał się skończyć świat itp... Większość z nas przeżyje długie życie, umrze ze starości za wiele lat. Prowadzenie życia w sposób zaplanowany oczywiście ma sens... To, co chcę powiedzieć to, że swoje życie należy wypełniać, nie za 5 lat, nie - gdy skończy się kolejny projekt w pracy, nie na emeryturze. Plany na przyszłość i marzenia są konieczne, jednak najważniejsza jest ich realizacja. Osiąganie kolejnych celów w drodze do tych najważniejszych. Świadomość, że w tej ostatniej sekundzie nie pomyślisz "żałuję, że nie zrobiłem tego... tamtego". Myślę, że Twoi bliscy też poczują większy spokój wiedząc, jak wiele już w Twoim życiu zostało zrealizowane, zamiast rozpaczać nad niespełnionymi odległymi marzeniami.

Nikt nie chce umierać, ale wielu z nas boi się żyć, żyć tak naprawdę...

To tyle... nie oczekuję tu specjalnie aktywności, ale potrzebowałam po prostu napisać ten post.


*Dla Camerona i jego przyjaciół, dla Bartka i dla Doroty, która straciła bratnią duszę.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Google+ Badge

Szukaj na tym blogu

logo