wtorek, 24 lipca 2018

Sportowy zegarek - czy ma sens?

Sportowe smartwatche, analizujące aktywność i uprawiane sporty pojawiają się coraz częściej na nadgarstkach sportowców, ale nie tylko. Jeszcze pracując w biurze widywałam je często u kolegów i koleżanek. Sama ja, ani też Andrzej, nie myśleliśmy specjalnie o wyposażeniu się w taki wynalazek. Uważaliśmy, że jesteśmy bardzo aktywni, uprawiamy masę sportów i trenujemy. Tak UWAŻALIŚMY 😎

Ostatnio trafiły na nasze ręce smartwatche Fitbit, przy okazji współpracy z tą marką. Z góry zaznaczam, że ten post nie jest sponsorowany. Jest on wynikiem moich osobistych przemyśleń przy okazji korzystania z takiego zegarka od około miesiąca. Dlatego też nie będę tu rozpisywać się o konkretnych specyficznych właściwościach tego konkretnego produktu. To, o czym będę pisała, jak sądzę, jest właściwością wspólną dla tego typu gadżetów.


Oboje z Andrzejem jesteśmy widziani przez moich znajomych, jako bardzo aktywne osoby, wiodące sportowy tryb życia. Sami też przyzwyczailiśmy się do takiego postrzegania naszego życia. Tymczasem, także wskutek zmian w ostatnim roku, znacznie trudniej jest nam pilnować regularnej codziennej aktywności. Konsekwencją mniej stabilnego trybu życia stało się to, że jesteśmy aktywni bardzo albo ... wcale. W ostatnich miesiącach próbowaliśmy dodawać do naszego dnia treningi, ale często zdarzało się, że robiliśmy je bardziej dla uciszenia sumienia. Przekonując się, że trening został zaliczony.


Odkąd nosimy na co dzień zegarki śledzące tą aktywność, oszukiwanie się skończyło. Początkowo raczej bawiliśmy się tym, sprawdzając i porównując głównie fazy snu i liczbę kalorii. Chyba na basenie pierwszy raz zauważyliśmy, że nasze standardowe pływanie, to jakiś żart. Ja od dawna pływałam 20-25 długości (x 25 m). To poniżej kilometra. Wydawało mi się po prostu, że czasowo zajmuje mi to 40 minut, a po prostu nie jestem specjalnie szybka w pływaniu. Pierwszy basen ze smartwatchem na ręce i ...koniec ściemy. Jedno spojrzenie na przebieg treningu i widzę, że moje 20 długości to raptem 15 minut aktywności (sic!). Nieco mniej drastycznie było to zauważalne w przypadku moich domowych treningów. One też okazały się jednak krótsze niż bym chciała. 


Jaki był tego skutek? Cóż - płacę za godzinę wejścia na basen - nie mogę więc wyjść po 15 minutach pływania 😂 Ewidentnie każdy trening, który podejmujemy, dzięki mierzeniu go jest dłuższy. W przypadku pływania, myślę, że średnio robimy teraz 150% swojego typowego pływania. W przypadku wyjść na rower, pilnowanie treningu spowodowało, że nadałam rytm swojej jeździe. W tej chwili zamiast chaotycznie i losowo błąkać się po Kazurce, robię regularne cykle na pumptracku, hopkach i innych częściach górki. Domowe treningi są po prostu dłuższe. 

Jedno o czym chciała bym jeszcze, żeby zegarek mi przypominał, to codzienna godzina aktywności. Gdy pracowałam w biurze, zawsze po pracy pilnowałam treningu. Teraz zdarza nam się przyłapać na tym, że trzy dni z rzędu spędzamy przed komputerem. Co gorsza kolejny dzień musimy spędzić na dużym wysiłku, np. na rowerze w górach. Prawdę mówiąc jestem pewna, że mój smartwatch ma taką opcję. Na tą chwilę wiem tylko, że po dniu mogę sprawdzić ile godzin spędziłam aktywnie. Potrzebuję jednak czegoś mocniejszego... a może wystarczy samo mocne postanowienie i silna wola?


Wpis, który właśnie przeczytaliście powstał dość spontanicznie. Wybaczcie więc, jeśli nie jest super techniczny i uporządkowany. Chciałam opisać to, co zrobiło na mnie największe wrażenie przy używaniu sportowego smartwatcha. Uważam, i doświadczyłam sama na sobie, ze jest to zaskakująco skuteczne narzędzie motywujące do ćwiczeń. Jeśli macie jakieś pytania na temat konkretnie Fitbit Versa, Fitbit Ionik (takiego używa Andrzej) albo tego rodzaju gadżetu po prostu, piszcie. Jeśli macie swoje przemyślenia lub sposoby na pilnowanie codziennej dawki aktywności, także podajcie je koniecznie w komentarzach, ja lub inni czytający mogą z skorzystać z takich rad. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Google+ Badge

Szukaj na tym blogu

logo