poniedziałek, 17 września 2018

Wyglądasz jak LAMUS. Pogódź się z tym!

Przejmujesz się tym, co mówią do Ciebie inni? Jak na Ciebie patrzą? Jak reagują na to, co robisz i jak to komentują? Ja też. Wiem, że podobno nie powinnam. Ale co na to poradzę? We live in a society i tak to już jest, że opinie tego society wokół nas trafiają do nas...

Tym banalnym wstępem przejdę teraz do właściwego tematu. Często wyglądam jak lamus. Dlaczego? Bo zaczynam i próbuję wielu sportów, które wymagają ubrania specjalnych ciuchów i ochraniaczy. I nie, nie uważam za sensowne rozpoczynania sportowej przygody od wydawania kilku - kilkunastu tys. peelenów na super stylóweczkę. Cóż, te rentalowe zwykle powodują, że wygląda się hmm... odpowiednio do poziomu umiejętności.

No i tak - moim zdaniem jest to w pełni spoko. Kiedy zaczynam przygodę z nową dyscypliną, całkiem świadomie nie staram się wyglądać super pro. Szczerze, po prostu trochę śmieszą mnie ludzie, którzy np. większą wagę przywiązali do zestawu naklejek na kasku snowboardowym niż do nauki podstawowych skrętów. Tak już mam, że nie chciała bym swoją stylówką budzić w ludziach na snowparku oczekiwań co do moich umiejętności, a później ześlizgnąć się obok przeszkód i wywalić się na 4-litery.

Oczywiście - każdy robi, jak uważa. Ubiera to, co lubi. Tutaj tak tylko delikatnie sugeruję, że - podobnie jak w przypadku cultural appropriation (wygooglujcie sobie, bo to ostatnio modny termin) tak i w przypadku sportowych subkultur, przebieranie się w szatki prosów i topowych zawodników, może budzić pewien niesmak. 

No tak, aaaaaale takie bycie cool i fajna stylówka często właśnie jest jedną z motywacji do zainteresowania się sportem. Szczególnie w przypadku takich alternatywnych, freestyle'owych dyscyplin. Chcemy wyglądać cool, a w ciuchach dla początkujących wyglądamy mniej cool?

Tutaj taka np. foteczka - Zuzia w pełnym rynsztunku początkującego skoczka spadochronowego.

Żeby było fajniej, złapałam największe gogle, jakie znalazłam :D ale to już niechcący
Spójrzmy prawdzie w oczy wyglądam, jak lamus. Ja sama się z tego śmieje. Jednak przyznam Wam, że poczułam się dziwnie, gdy śmiali się ze mnie też ludzie, którzy od skoku spadochronowego są tak daleko, jak ja od lotu w kosmos. Mówią o tym, jak to mają już upatrzony super stylowy profesjonalny (drogi)  kask, nie mając jeszcze na koncie żadnego skoku... Cóż, trochę wzięłam do siebie ich podśmiewanie się. No bo w końcu do skakania zmotywowało mnie m.in. oglądanie filmów Mai Kuczyńskiej, która wygląda tak pięknie w locie. Później jednak pomyślałam, że nawet wyglądając jak połączenie muchy i kuli armatniej jestem o POZIOM wyżej od tych żartownisiów... Te emocje które poczułam dały mi do myślenia. Ja mam już tyle doświadczenia życiowego, że jestem w stanie zablokować niepewność i wstyd. Ale co z młodszymi osobami? Co z dzieciakami, które idą w stroju do karate, potykają się na rolkach, jeżdżą na pierwszym rowerze z supermarketu i słyszą z oddali przytyki kolegów? 

Nastolatek, może nawet nie powiedzieć rodzicom, że zrezygnował z jazdy konnej, bo koledzy robili nieprzyzwoite komentarze. Wraz z zachęcaniem, bądź z realizowaniem marzeń młodych ludzi o nowych pasjach, warto jest wzmacniać ich psychicznie. Warto pokazywać, że do profesjonalizmu wiedzie długa, trudna droga. W tej drodze konieczna jest cierpliwość i pokora. Na tej drodze będziesz wyglądać jak lamus, ale TYLKO wyglądać. Konsekwentnie dążąc do celu jesteś 10 razy bardziej cool, niż tracąc czas na przysłowiowej ławce pod blokiem, czy kanapie przed telewizorem. Szczęśliwie, wielu sportowców na najwyższym poziomie pokazuje swoje pierwsze spotkania ze sportem. Myślę, że każdy powinien na nie spojrzeć w chwili zwątpienia. Możesz sobie wtedy powiedzieć - "o Sean White też wyglądał, jak lamus", "o Maja też zaczynała w wielkim kombinezonie, który łopotał w czasie latania w tunelu".


My na Treneiro Vlog, też staramy się pokazywać taką drogę. Może bardziej YouTube'owo było by spotkać się za rok, czy dwa po godzinach wylatanych w tunelach i w powietrzu i nagrać edit pod epicką muzę... Pewnie tak, ale po co ściemniać, po co udawać, że nagle znikąd jesteśmy pro? Naszym celem jest promowanie fajnych zajawek, a nie siebie. I uważam, że pokazując te mniej stylowe początki zaoszczędzimy kilku osobom rozjechania oczekiwań i rzeczywistości w wybranych sportach. 

Chyba nie ma tu czego podsumowywać. Starałam się jasno napisać, co leży mi na sercu. Na koniec jeszcze film o moich lamerskich początkujących skokach. Dajcie znać w komentarzach, jakie są Wasze emocje na początku nowego sportu.


wtorek, 28 sierpnia 2018

Życie to sport ekstremalny, NIE śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową

Jak na razie życie każdego człowieka nieubłaganie kończy się śmiercią. Świat daje nam nieskończone spektrum przyczyn. Można umrzeć ze starości, można zachorować, można zginąć od rolki papy spadającej z dachu (serio real story), zginąć w wypadku samochodowym, spłonąć w kapsule NASA wracając z kosmosu, rozbić się lecąc na wingsuicie... niektórzy też przestają żyć długo zanim zostaną pochowani...

Jakiś czas temu powstało takie hasło - konkretnie tytuł filmu - życie, jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową. Analogia jest jasna. Dostając życie, dostajesz gwarancję śmierci. Jednak moim zdaniem ta analogia sugeruje, że śmierć jest jedynym celem życia, a jednocześnie największym wrogiem. Życie ze śmiertelną chorobą skupia się często na 1. ograniczeniu cierpienia i 2. odsunięciu śmierci jak najdalej. W skrócie na egzystowaniu jak najdłużej. Nie zgadzam się na takie traktowanie życia! Nie chcę całego życia przeżyć skupiając się tylko na bezbolesnym i przetrwaniu...

Ale chyba jestem Wam winna wprowadzenie... skąd taki temat... straszny, smutny temat. W zeszłym tygodniu dotarła do mnie wiadomość o śmierci jednego z czołowych polskich wingsuit'erów. Właśnie słowa jego partnerki zrobiły na mnie wrażenie, tak głębokie, że poczułam potrzebę przemyślenia życia takich ludzi. W pożegnaniu na jego profilu napisała m.in. "Jesteś dla nas wzorem pięknego i spełnionego człowieka"❤ Nie umiem bezpośrednio napisać do niej jak bardzo jest mi przykro ze względu na jej stratę, w takich sytuacjach nie czuję się uprawniona do wkraczania w żałobę... Może za jakiś czas, gdy przejdzie już do codzienności bez ukochanego, trafi na ten post i dowie się, że jej pożegnanie było dla mnie inspiracją (nie chodzi o inspirację dla tego tekstu, a do podejścia do mojego życia). 

Cóż angażując się w sporty ekstremalne wchodzimy w nie zasadniczo dla zabawy i radości, dawki adrenaliny i endorfin. Nie wybieramy (ani ja ani Andrzej) tej drogi, ponieważ jest ryzykowna, a raczej mimo tego. Ponieważ dbamy o ograniczenie ryzyka oddalamy strach i poczucie niebezpieczeństwa jak najdalej od siebie. Niestety szybko po zaangażowaniu w środowisko poszczególnych sportów dowiadujemy się, że prędzej czy później każdy z uprawiających ten sport traci kogoś znajomego, mniej lub bardziej bliskiego. W miarę zagłębiania się w ten świat są to coraz bliższe nam osoby. Dla mnie pierwszym takim realnym wydarzeniem była śmierć pewnego  21 letniego surfera. To było krótko po tym, jak sama, m.in. za jego sprawą pokochałam ten sport. Teraz odszedł kolejny człowiek, ikona w swojej dziedzinie, którego ja i Andrzej znaliśmy bardziej jako partnera strefowej koleżanki.


W świetle tego, o czym napisałam wyżej pojawiła się w mojej głowie taka myśl. Zamiast porównywać życie z chorobą, chciała bym traktować je jako sport ekstremalny. Myślę, że analogia jest dość prosta. Sporty ekstremalne - szczególnie osobom spoza tego środowiska wyraźnie kojarzą się z ryzykiem śmierci. Oddając się takiej ekstremalnej pasji, jak skydiving, surfing, wspinaczka wysokogórska, czy choćby wyczynowa jazda na rowerze zdajemy sobie sprawę ze związanych z tym zagrożeń, nawet z ryzyka śmierci. Niemniej jednak, choć naszym znajomym i rodzinom wydaje się, że bardzo się narażamy, to jednak Naszym celem nie jest zabić się, a wręcz przeciwnie, przeżyć jak najdłużej, do kolejnej i kolejnej przygody. Wiele osób zaangażowanych w taką ekstremalną aktywność żyje długo, bardzo długo. Niektórzy na pewnym etapie decydują się rezygnować z ryzyka i przesiadają się na bardziej bezpieczne hobby, bo ich przygodą jest teraz np. rodzina. Niemniej jednak część z nich traci życie, robiąc to, co kochają najbardziej.

Po co w ogóle myślę o różnicy tych dwóch podejść - życie jako choroba, a życie jako sport ekstremalny? Tu właśnie ważne są słowa młodej kobiety, która w obliczu straty ukochanego napisała "Jesteś dla nas wzorem pięknego i spełnionego człowieka". Podobnie, gdy dowiedziałam się o śmierci znajomego surfera, myślałam o tym, że gdy zginął trwał prawdopodobnie najlepszy rok w jego życiu. Od miesięcy realizował swoją ogromną pasję otoczony przyjaciółmi. Choć przed nim było jeszcze wiele przygód, to ostatni czas żył w 1000%. 

Mam to szczęście, że nie straciłam jeszcze nikogo mi bezpośrednio bardzo bliskiego w nagły sposób. Mam ogromną nadzieję, że nigdy nie będę musiała tego doświadczyć. Mogę jedynie zastanawiać się i interpretować słowa tych, którzy przeżyli taką stratę, co czują te osoby. Jakie znaczenie ma dla nich świadomość, że osoba, która odeszła żyła na 1000%? Jakie znaczenie ma dla nich świadomość, że jego/jej życie skończyło się w szczęśliwym dla nich czasie?

Ja sama myślę, że świadomość spełnionego, szczęśliwego życia ukochanej osoby, może dostarczać pewnego rodzaju ukojenia bliskim. Nic nie załagodzi w pełni ich bólu po stracie, ani nie wypełni pustki po bliskim. Myślę, jednak, że świadomość, że skończyło się szczęśliwe i pełne życie będzie choć minimalnym pocieszeniem. Na pewno większym niż była by wizja, że "planował zwiedzać świat na emeryturze", "chciał otworzyć wymarzony hotel... za 5 lat". 

Gdy umiera śmiertelnie chora osoba, często mówi się - przegrała walkę z chorobą. Zamiast mówić - wyrwała chorobie i śmierci tyle wspaniałych dni. Śmierć przyjdzie tak czy inaczej. Warto więc celebrować każdy dzień wyrwany z życia. Każdą złapaną falę, każdy bezpiecznie wylądowany skok. Gdy traktujesz życie jak sport ekstremalny, to na koniec dnia liczba przeżytych, na prawdę przeżytych, dni jest, będzie Twoim sukcesem. 

Nie chcę rzucać tu banałami o łapaniu chwili, życiu jakby jutro miał się skończyć świat itp... Większość z nas przeżyje długie życie, umrze ze starości za wiele lat. Prowadzenie życia w sposób zaplanowany oczywiście ma sens... To, co chcę powiedzieć to, że swoje życie należy wypełniać, nie za 5 lat, nie - gdy skończy się kolejny projekt w pracy, nie na emeryturze. Plany na przyszłość i marzenia są konieczne, jednak najważniejsza jest ich realizacja. Osiąganie kolejnych celów w drodze do tych najważniejszych. Świadomość, że w tej ostatniej sekundzie nie pomyślisz "żałuję, że nie zrobiłem tego... tamtego". Myślę, że Twoi bliscy też poczują większy spokój wiedząc, jak wiele już w Twoim życiu zostało zrealizowane, zamiast rozpaczać nad niespełnionymi odległymi marzeniami.

Nikt nie chce umierać, ale wielu z nas boi się żyć, żyć tak naprawdę...

To tyle... nie oczekuję tu specjalnie aktywności, ale potrzebowałam po prostu napisać ten post.


*Dla Camerona i jego przyjaciół, dla Bartka i dla Doroty, która straciła bratnią duszę.




czwartek, 16 sierpnia 2018

ZMIANY W EGZAMINACH NA PRAWO JAZDY - zobacz co Cię czeka na kursie

Już niedługo pojawi się nowy element kursu na prawo jazdy. Zobacz, co będziesz musiał zrobić w ramach szkolenia. 

Ostatnio razem z kierowcą rajdowym Kubą Przygońskim odwiedziliśmy Driveland, tor do nauki bezpiecznej, płynnej jazdy. Takie szkolenia, już wkrótce mają być obowiązkowe dla osób szkolących się na prawo jazdy.

Zupełnie serio polecamy je nawet, jeśli jeszcze nie są wymagane:






W konkursie Red Bulla możesz wygrać takie szkolenia. Szczegółów szukaj na specjalnych czteropakach oraz TUTAJ.

niedziela, 12 sierpnia 2018

Czy rollercoastery są dla dzieci? - Energylandia vs. downhill

Dlaczego lubimy jeździć do parków rozrywki, jak Energylandia, Legendia czy Gardaland? Jesteśmy dorośli, jaramy się sportami ekstremalnymi. Mamy za sobą takie doświadczenia, jak samodzielne skoki spadochronowe, freeride w wysokich górach i jazdę DH na rowerach. I co z tego? I tak uwielbiamy takie łatwiejsze formy zdobycia naszej ulubionej adrenaliny.



Jeśli znacie dobrze nasz kanał wiecie, że można na nim znaleźć bardzo szerokie spektrum aktywności. Dlaczego tak? Dlaczego nie pokazujemy TYLKO rowerów, TYLKO surfingu, TYLKO aquaparków, TYLKO trampolin? A to dlatego, że nasze życie jest znacznie bogatsze. Odkąd się poznaliśmy wiedzieliśmy, że oboje lubimy różne aktywności. Rozdzielanie naszej uwagi i czasu na tak wiele zajawek ma swoje plusy i minusy. Ale o tym chyba w innym wpisie (chcecie?)



Tutaj odniosę się do tego, że nasi sportowi znajomi troszkę wyśmiewają robienie filmów z np. Energylandii, czy parków wodnych. Z kolei widzowie, którym nasze sportowe zajawki są dalsze ciągle piszą "kiedy kolejny aquapark?". Szczerze, trochę się złościmy tak na jedne, jak i na drugie komentarze. Nasze życie jest bogate w różne zajawki. To, co Wam pokazujemy, to miejsca, które sami postanawiamy odwiedzić, bo po prostu CHCEMY. Tak samo chcemy pokazać Wam nowy bikepark, jak i nowy mega rollercoaster. W każdym miejscu, które odwiedzamy spotykamy ludzi w bardzo różnym wieku.

Niektórzy mówią, jak to parki rozrywki, czy aquaparki są dla dzieci. Prawda jest taka, że w tych miejscach znaczną większość gości - takie jest nasze wrażenie - stanowią młodzi i starsi dorośli. Z kolei np. jazda na rowerze czy surfing to już tematy dla dorosłych... hmmm powiedzcie to Antkowi (13 l.) Czy Sky i Ocean (9 i 7 l.) https://www.instagram.com/awsmkids/.


To, co jest jednak dla nas ważne, to rozróżnienie poziomu ekstremalności i odwagi wymaganych przez różne sytuacje, które pokazujemy. Choć sami uwielbiamy sport, jak i tą rozrywkową adrenalinkę (jak na kolejkach górskich) bardzo źle reagujemy na Wasze komentarze, gdy mówicie, że ktoś jadący zjeżdżalnią wodną jest bardziej WOW, niż np. Bracia Godziek i inni zawodowi ekstremalni sportowcy . Aquaparki, czy parki rozrywki, są super. Nadal jednak są to miejsca rozrywki, gdzie bez ryzyka możecie poczuć adrenalinę, prędkość, przeciążenia. Odwaga, jakiej wymaga pójście na Hyperion, nie ma się jednak nijak, do odwagi i skupienia, jakiego wymaga skok spadochronowy, robienie flipów na hopach, czy nawet zjazd po kamienistej trasie DH. 


Chciała bym tutaj...hmmm zaapelować (czy to właściwe słowo?) do naszych widzów z obu stron tego ekstremalnego płotu:

Kochani true schoolowi hardkorowcy - trochę dystansu! Nie ma nic złego w odrobinie zabawy. Na co dzień ryzykujecie swoje zdrowie i życie dla adrenaliny i przygody. Wiemy dobrze, że wielu z Was też lubi szybkie rollercoastery... po co więc choćby lekka szydera z faktu, że my to pokazujemy na kanale. Warto podkreślić, że np. Energylandia ma u nas wielki szacunek właśnie za strefę  pokazów ekstremalnych - tak tak nasi koledzy pokazują tam, co potrafią i gromadzą co godzinę zajaraną publiczność.


Z drugiej strony, kochani widzowie, ci którzy najbliższe spotkanie z adrenaliną mają na zjeżdżalni kamikadze - szanujemy to, że nie każdy ma odwagę, której wymaga uprawianie ryzykownych sportów. Nie każdy chce. Nie każdy musi. My to kochamy i czasem trudno nam zrozumieć, że ktoś może nie być tym zajarany. Ale jednak staramy się. Nie możemy jednak pogodzić się z komentarzami pod filmami np. z zawodów rowerowych, gdzie wyrażacie opinie jakby wyjście na ulicę w kąpielówkach było bardziej niesamowitym wyczynem niż twister na rowerze. Nie, nie musi Was to interesować, nie musicie sami próbować, jeśli wiecie, że nie chcecie - ALE wygłupy na ulicy, zjeżdżalnia wodna, czy nawet rollercoaster nigdy nie będzie tak ekstremalny jak górska trasa rowerowa czy skoki spadochronowe. Zależy nam więc, abyście to szanowali i szanowali umiejętności, treningi i ryzyko podejmowane przez sportowców.

A w skrócie? Treneiro Vlog to kanał o tym, jak my żyjemy i co nas jara. Dlatego apel o filmy TYLKO z rowerów, TYLKO z aquaparku, WIĘCEJ trampolin, czy o ograniczenie się do jakichkolwiek tematów nie przekonają nas do zmiany. Nadal będziemy robić to, co lubimy, bo nasz wiek, czy doświadczenia życiowe są ostatnim, co może nas ograniczyć! Cytując klasyka "róbta co chceta". Taki mamy plan. Elo! 😎

wtorek, 24 lipca 2018

Sportowy zegarek - czy ma sens?

Sportowe smartwatche, analizujące aktywność i uprawiane sporty pojawiają się coraz częściej na nadgarstkach sportowców, ale nie tylko. Jeszcze pracując w biurze widywałam je często u kolegów i koleżanek. Sama ja, ani też Andrzej, nie myśleliśmy specjalnie o wyposażeniu się w taki wynalazek. Uważaliśmy, że jesteśmy bardzo aktywni, uprawiamy masę sportów i trenujemy. Tak UWAŻALIŚMY 😎

Ostatnio trafiły na nasze ręce smartwatche Fitbit, przy okazji współpracy z tą marką. Z góry zaznaczam, że ten post nie jest sponsorowany. Jest on wynikiem moich osobistych przemyśleń przy okazji korzystania z takiego zegarka od około miesiąca. Dlatego też nie będę tu rozpisywać się o konkretnych specyficznych właściwościach tego konkretnego produktu. To, o czym będę pisała, jak sądzę, jest właściwością wspólną dla tego typu gadżetów.


Oboje z Andrzejem jesteśmy widziani przez moich znajomych, jako bardzo aktywne osoby, wiodące sportowy tryb życia. Sami też przyzwyczailiśmy się do takiego postrzegania naszego życia. Tymczasem, także wskutek zmian w ostatnim roku, znacznie trudniej jest nam pilnować regularnej codziennej aktywności. Konsekwencją mniej stabilnego trybu życia stało się to, że jesteśmy aktywni bardzo albo ... wcale. W ostatnich miesiącach próbowaliśmy dodawać do naszego dnia treningi, ale często zdarzało się, że robiliśmy je bardziej dla uciszenia sumienia. Przekonując się, że trening został zaliczony.


Odkąd nosimy na co dzień zegarki śledzące tą aktywność, oszukiwanie się skończyło. Początkowo raczej bawiliśmy się tym, sprawdzając i porównując głównie fazy snu i liczbę kalorii. Chyba na basenie pierwszy raz zauważyliśmy, że nasze standardowe pływanie, to jakiś żart. Ja od dawna pływałam 20-25 długości (x 25 m). To poniżej kilometra. Wydawało mi się po prostu, że czasowo zajmuje mi to 40 minut, a po prostu nie jestem specjalnie szybka w pływaniu. Pierwszy basen ze smartwatchem na ręce i ...koniec ściemy. Jedno spojrzenie na przebieg treningu i widzę, że moje 20 długości to raptem 15 minut aktywności (sic!). Nieco mniej drastycznie było to zauważalne w przypadku moich domowych treningów. One też okazały się jednak krótsze niż bym chciała. 


Jaki był tego skutek? Cóż - płacę za godzinę wejścia na basen - nie mogę więc wyjść po 15 minutach pływania 😂 Ewidentnie każdy trening, który podejmujemy, dzięki mierzeniu go jest dłuższy. W przypadku pływania, myślę, że średnio robimy teraz 150% swojego typowego pływania. W przypadku wyjść na rower, pilnowanie treningu spowodowało, że nadałam rytm swojej jeździe. W tej chwili zamiast chaotycznie i losowo błąkać się po Kazurce, robię regularne cykle na pumptracku, hopkach i innych częściach górki. Domowe treningi są po prostu dłuższe. 

Jedno o czym chciała bym jeszcze, żeby zegarek mi przypominał, to codzienna godzina aktywności. Gdy pracowałam w biurze, zawsze po pracy pilnowałam treningu. Teraz zdarza nam się przyłapać na tym, że trzy dni z rzędu spędzamy przed komputerem. Co gorsza kolejny dzień musimy spędzić na dużym wysiłku, np. na rowerze w górach. Prawdę mówiąc jestem pewna, że mój smartwatch ma taką opcję. Na tą chwilę wiem tylko, że po dniu mogę sprawdzić ile godzin spędziłam aktywnie. Potrzebuję jednak czegoś mocniejszego... a może wystarczy samo mocne postanowienie i silna wola?


Wpis, który właśnie przeczytaliście powstał dość spontanicznie. Wybaczcie więc, jeśli nie jest super techniczny i uporządkowany. Chciałam opisać to, co zrobiło na mnie największe wrażenie przy używaniu sportowego smartwatcha. Uważam, i doświadczyłam sama na sobie, ze jest to zaskakująco skuteczne narzędzie motywujące do ćwiczeń. Jeśli macie jakieś pytania na temat konkretnie Fitbit Versa, Fitbit Ionik (takiego używa Andrzej) albo tego rodzaju gadżetu po prostu, piszcie. Jeśli macie swoje przemyślenia lub sposoby na pilnowanie codziennej dawki aktywności, także podajcie je koniecznie w komentarzach, ja lub inni czytający mogą z skorzystać z takich rad. 

wtorek, 17 lipca 2018

MTB w Austrii? Wakacje na rowerach w Saalbach Hinterglemm

Interesują Cię rowerowe trasy w górach w Austrii? Nas też :) Ostatnio wybraliśmy się do Saalbach Hinterglemm przy okazji Glemmride 2018 i to był SZTOS. To czwarty festiwal rowerowy, na jakim byłam. Andrzej zaliczył ich więcej w Polsce. Razem byliśmy wcześniej na kilku edycjach JoyRide w Kluszkowcach, na Biketown w Przemyślu, no i na Crankworx w Whistler. Cóż, w moich odczuciach Glemmride wygrywa.



A to dlaczego? Po prostu moim zdaniem organizacja tego festiwalu znajduje się idealnie w złotym środku pomiędzy imprezą dla ziomków, jaką jest np. Joyride w Kluszkowcach, a lekko nadętą imprezą, słynną na cały świat - jak Crankworx w Whistler. Podczas Glemmride odczułam najbardziej dostępność całej imprezy dla bardzo różnych uczestników i widzów. Trzeba tu podkreślić, że w Austrii jazda na rowerach w górach jest znacznie bardziej popularna niż w Polsce. Przede wszystkim tam jest to sport uprawiany przez szeroką i zróżnicowaną społeczność. Nie są to tylko hardkorowcy na downhillu czy na dirtowych hopach. Na trasach spotykamy tu zwyczajnie całe rodziny z dzieciakami, turystów traktujących MTB, jako jedną z tutejszych atrakcji, ludzi w różnym wieku i stylu. Oni wszyscy zjechali się do Saalbach i Hinterglemm, żeby pojeździć na tamtejszych trasach, ale też poczuć klimat festiwalu.

Moim zdaniem organizatorzy Glemmride świetnie ustawili line up wydarzenia w taki sposób, że każdy z gości mówgł świetnie się bawić w przerwach od jazdy. Przykładowo - poza afterparty w klubie, w centrum miasta ustawiona była scena, gdzie co wieczór odbywały się koncerty, w tym pokaz najlepszych światowych beatboxerów. Frekwencja podczas tych wieczornych "części rozrywkowych" mówi sama za siebie. Jednocześnie wszystko trzymało się na wysokim poziomie stylowości. Wiemy, że austriackie imprezy często odbywają się w rytm przaśnej disco-folkowej muzyki. NIE na Glemmride! 


Kulminacją wydarzenia były moim zdaniem oczywiście zawody Slopestyle. Trasa tradycyjnie ustawiona jest pomiędzy zabudowaniami w samym centrum Hinterglemm. Zawodnicy m.in. przejeżdżali nad basenem, a następnie przelatywali nad rzeczką, lądując pod samą sceną i kończąc na balkonie hotelu. Tłum kibiców ustawiony był wzdłuż całej trasy, niektórzy oglądali wprost ze swoich hotelowych pokoi. Ta dostępność trasy dawała ludziom poczucie bycia w centrum wydarzeń. 

Obok głównych zawodów, czyli slopestyle i dh, jak to zwykle bywa, było kilka dodatkowych dyscyplin, bardziej na luzie. Oboje z Andrzejem nawet zdecydowaliśmy się wziąć udział w eMTB Battle presented by BMW Mountains i Specialized. Zawody polegały na przejechaniu e-bike'm pętli pod gondolą Reitelkogelbahn. Zaczynaliśmy podjazdem po trasie Blue Line - dalej przebijaliśmy się łacznikiem po trasie pieszej (tego się nie spodziewałam) i na koniec zjazd trasą Pro Line - czyli trasą dh w Hinterglemm. A to wszystko na czas. Choć poziom trudności podjazdu przekroczył mocno nasze oczekiwania, i nie zrobiliśmy najlepszych czasów, bawiliśmy się rewelacyjnie. Na dodatek okazało się, że byłam jedną z 2 dziewczyn i w swojej kategorii stanęłam więc na podium :) Trochę wstyd, ale na koniec dnia, chodziło o dobrą zabawę.

żródło: Instagram @bmw_mountains
Ale ale... nie pojechaliśmy tam tylko kibicować i jeździć na e-bike'ach. Poprzednio celowaliśmy raczej w jazdę na bikeparku w Leogangu. Tym razem jednak postanowiliśmy sprawdzić trasy Saalbach i Hinterglemm. Poza siecią tourowych singletracków w tej chwili jest tam kilka tras zjazdowych. Najpopularniejszy - Pro Line - niestety przez większość czasu zajmowali zawodnicy DH. My w Hinterglemm wybieraliśmy więc Z-Line. Na początek dnia jeździliśmy za to do Saalbach. Tylko w ciągu Glemmride, przez 3 dni w sezonie można bez podjeżdżania dostać się na trasę Hacklberg Trail. To widokowy szlak z Saalbach do Hinterglemm. Trasa jest całkiem długa - blisko 10 km - i bardzo zróżnicowana. Zdecydowanie polecamy ten przejazd średnio zaawansowanym riderom. Początkujący mogą mieć tam trudności w niektórych miejscach. Nawet jeśli nie traficie na Glemmride ta trasa jest warta podejścia/podjechania z gondoli Schattberg Xpress na szczyt Schattberg Westgipfel. 


OK ale tak słodzę i słodzę, oczywiście jest się do czego przyczepić, zawsze jest. W tym przypadku myślę, że były to kolejki. Sprawa standardowa podczas takich dużych eventów. Nie marudziliśmy więc na to za bardzo. Jeśli jednak będziecie się wybierać do jakiegokolwiek dużego bikeparku w czasie festiwalu - weźcie na to poprawkę. Duża liczba rowerzystów oznacza też tarki na trasach - tak było w Whistler, tak było w Kluszkowcach, tak też było w Saalbach i Hinterlemm. Cóż takie uroki festiwali. Szczerze nie było i tak tragicznie. Nawet ostatniego dnia sporo miejsc na trasie było nadal gładkich i przyjemnych. A, no własnie, ostatniego dnia kolejki praktycznie zniknęły. Warto więc doczekać do końca i tak zaplanować sobie pobyt, żeby pojeździć też wtedy.

Cóż rozpisałam się, a czuję, że tylko liznęłam wszystkie tematy. Dajcie znać w komentarzach, czy chcecie dowiedzieć się więcej o tym festiwalu albo o samej miejscówce. Może chcieli byście osobnego posta na temat hotelu, w którym spaliśmy i innych atrakcji tej okolicy? 

Oczywiście mieliśmy tam nie nagrywać i tylko chillować, ale filmy się jednak nagrały. U Andrzeja możecie już zobaczyć co nieco przy okazji testu kamery GoPro Hero. Coś wpadnie też na Treneiro Vlog i mój kanał "Zuzia Treneiro"... 


Na koniec zareklamuję Wam jeszcze jak piękne jest Saalbach i Hinterglemm latem. Widoki wokół zdecydowanie dodają dużo uroku całemu festiwalowi. Z resztą także poza Glemmride możecie się nimi cieszyć.



Jak zawsze zapraszam Was do zadawania pytań w komentarzach, odpowiemy jeśli tylko będziemy znali odpowiedź.

Do następnego.

piątek, 29 czerwca 2018

MTB dla początkujących! Porównujemy trasy Easy/Green/Famili/Twister

Chcesz zacząć jeździć na rowerze, ale nie wiesz, dokąd wybrać się na pierwsze zjazdy? Na szczęście w Polsce moda na rowery górskie rozkręciła się na dobre i organizatorzy bikeparków zaczęli zauważać potrzeby początkujących.

Ostatnio odwiedziłam trzy popularne bikeparki w Małopolsce. W każdym z nich postanowiłam sprawdzić, co oferują one zupełnie początkującym rowerzystom górskim.

Przede wszystkim muszę zaznaczyć, że jazda na rowerze górskim różni się od zwykłej jazdy na rowerze. Zanim wjedziecie, nawet na "zieloną" - czyli najłatwiejszą trasę - powinniście znać kilka podstaw techniki jazdy górskiej. Do niedawna jazda w górach była na tyle niszowym sportem, że każdy nowy rider wkręcany był przez grono znajomych. Zawsze więc ktoś bardziej doświadczony służył im radą. Tak było też ze mną. Andrzej, przed moimi pierwszymi zjazdami dał mi najważniejsze wskazówki. Reszty uczyłam się już w praktyce pod jego okiem. W tej chwili pojawiła się bardzo szeroka oferta szkoleń grupowych i indywidualnych, gdzie każdy może uczyć się tych podstaw pod okiem instruktorów. Według mnie bardzo ważne jest, aby w każdym sporcie ekstremalnym szanować ryzyko wiążące się z jego uprawianiem. Tak samo jest w przypadku rowerów górskich. Nawet najłatwiejsze trasy, które odwiedziłam w Polsce, mają miejsca, gdzie można nawet przy zerowej prędkości nieźle się poskładać. Sama uczyłam się jeździć na tzw. starym a-line w Kluszkowcach (ta trasa w tej chwili istnieje tylko do połowy i teraz poprowadzona jest trochę inaczej). I cóż, nie raz tam leżałam, schodziłam i marudziłam.

Pozdrawiam koleżankę z trasy Snake w Bike Parku Kasina. Trasa niebieska, za koleżanką chyba ukochany z odwieczną radą "puść te heble". Cóż z tego zakrętu wypadały 3/5 osób. Trasy w bike parkach zawsze będą miały trudne miejsca podyktowane ukształtowaniem terenu.
Dostajemy od widzów czasem pytania o to, gdzie zacząć, jak zacząć. Widzimy też, co dzieje się na trasach, nawet na naszej lokalnej Kazoorce, gdy zupełnie początkujące osoby, choćby z dużą odwagą ruszają na takie trasy, nie mając pojęcia zjeżdżaniu. Na Kazoorce pogotowie bywa prawie codziennie, i to nie po hardkorowców skaczących wielkie dirty.

Stąd pomysł na serię filmów o trasach "dla dziewczyn" oraz na ten post. Oczywiście tytuł to ściema. Nawet w Polsce są dziewczyny na MTB, które mogą zjechać każdą trasę nie gorzej od faceta. Od czegoś trzeba jednak zacząć. Trasy opisuję więc pod kątem początkujących wszelkich płci.

Na tą chwilę mam przejeżdżone 4 podstawowe trasy w Polsce. Jeszcze 2 lata temu jeździłam po Twisterze na Enduro Trails w Bielsku Białej.

Twister, to chyba pierwszy zjazdowy flow trail porządnej długości, jaki pojawił się w związku z boomem na MTB. To na pewno fajna trasa. Ponieważ jest to flow, nie ma tam skoczni. Da się skakać z niektórych muld, ale nie o to chodzi przy pierwszych zjazdach. Bandy zbudowane są dość łagodnie i szeroko. Dlatego uważam, że może tu zjechać każdy, kto:

1. wie jak balansować na rowerze i używać hamulców przy jeździe w dół,
2. jest pokorny i nie będzie rozpędzał się nadmiernie
3. umie pompować lub tłumić falki
5. ma kondycję na sporej długości zjazd.

Większości tych umiejętności możecie nauczyć się taż podczas treningu na pump tracku u podnóża góry. W tej chwili w ramach Enduro Trails są też jeszcze łatwiejsze trasy Stefanka i Cyganka. Ja niestety nie znam tych tras. Ale jeśli są łatwiejsze niż Twister, to pewnie warto najpierw tam się wybrać. Sam Twister jest w pełni wykonalny dla początkującego, jednak uważać trzeba zawsze. Uwierzcie, przekonałam się na własnym... łokciu. Cóż, błąd techniki, zbyt ostre hamowanie na zjeździe i lot przez kierę.

Jeśli z dziurą w łokciu, 3 miesiące po złamaniu ręki nadal cieszysz się z jazdy, to chyba po prostu to lubisz.
Jedyny problem tras Enduro Trails to konieczność podjazdów/podchodzenia. W tej chwili można dojechać, przez inną górę, także gondolą. Nie wiem jednak jaki jest stopień trudności trasy łączącej dwie góry.

Kolejną trasą dla początkujących jest Green Line w Joyride Bike Park w Kluszkowcach. Kluszki to miejsce dla mnie szczególne. Jest tam przepięknie, a do tego mam jednak sentyment, bo sama tu zaczynałam. Wtedy nie było jeszcze Green Line'a, ale "stary a-line był dość łatwy, jeśli jechało się pod okiem bardziej doświadczonej osoby. Teraz macie łatwiej. Green Line, moim zdaniem ma jednak dwie "twarze". Początkowy fragment, jest super. Trasa jest bardzo łatwa i ma niewiele stromych fragmentów. Takie są, bo to jednak górska trasa. Serio, nie jest jednak trudno. W bardziej popularnych terminach - jak np. Festiwal Małopolska Joyride - mniej doświadczeni riderzy znajdą tu też więcej spokoju. Tak jest bezpieczniej dla wszystkich.


Niestety ostatni fragment tej trasy, od 2 lat nadal nie został ogarnięty tak, by być bezpiecznym dla początkujących. Końcówka Green Line jedzie wzdłuż A-Line'a. Okropny fragment zaczyna się od nieprzyjemnego, niewyprofilowanego zakrętu na ścianie pełnej luźnych kamieni. Dalej jest pozornie łatwa trasa, która jednak jest tak zasypana luźnymi kamieniami, że łatwo tam o osunięcie koła. Prawdę mówiąc mam wrażenie, że rowerzyści oczyszczali A-Line z kamieni zrzucając je własnie na Green Line. W Kluszkach uważam więc, że zupełne podstawy warto poznawać omijając drugą połowę trasy. Można ten fragment zjechać asfaltem. Ewentualnie dojazdówkę przejeżdżać super wolno.

Nie mam zdjęcia z najgorszego fragmentu, ale tu w dole bandy widzicie problem :)
Ogólnie jednak uważam, że w Kluszkach nadal jest miejsce na pierwsze próby. Tutaj też prowadzone są szkolenia MTB Academy

W tym roku odwiedziłam jeszcze dwie nowe trasy. Najpierw dałam się skusić nazwie Easy Line i kolejce wjeżdżającej na Górę Żar. Do zeszłego roku, nie było tam miejsca dla początkujących, a nawet dla średniaków. DH i A-Line na Górze Żar są na prawdę trudnymi trasami. Easy Line powstał z myślą o nauce jazdy. Przyznam, że ta trasa zaskoczyła mnie... swoją trudnością. Dla mnie osobiście, subiektywnie - fajnie, miałam wyzwanie. Niestety płynność Easy Line pozostawia sporo do życzenia. Budowniczowie mieli chyba trochę za mało terenu do dyspozycji. Zdecydowana większość band jest ciasna i nie tylko ja, ale też bardzo doświadczeni rowerzyści, musieliśmy hamować dość mocno. Wiem, że ja nie mam jeszcze dużo nauki przed sobą, ale sprawdzałam tą trasę pod kątem jeszcze mniej doświadczonych osób, dlatego uważam, że warto zwrócić na to uwagę. Problemem są też falki. Flow traile, po których jeździłam mają zwykle rytmiczne falki pozwalające fajnie po nich płynąć, lub pompować i nabierać prędkości. Tutaj hmm... większość falek stawiała raczej wyzwanie. Musiałam mocno kontrolować rower, bo falki podbijały go i powodowały utratę równowagi. Dla Andrzeja, było to fajne, bo mógł skakać muldy jako tzw. double (chyba tak to sobie wymyślili budowniczowie). Problem w tym, że easy to skakanie nie jest. Podsumowując - Easy Line na Górze Żar to trasa, którą początkujący może zjechać. Absolutnie konieczne moim zdaniem jest jednak przeszkolenie i bardzo ale to bardzo duża ostrożność. Ja poleciałam tam tak, jak normalnie jechała bym po flow i miałam kilka niebezpiecznych sytuacji. W 2 i kolejnych zjazdach lamusowałam z ostrożności. Na szczęście na miejscu szkolenia prowadzi ekipa Dirt It More.


A najlepsze zostawiłam na koniec. W zeszłym roku w Kasinie Wielkiej powstał Bike Park Kasina. Przyznam, że kiepsko się przygotowaliśmy do wizyty tam. Może to i lepiej, bo mieliśmy fajną niespodziankę. Po pierwsze macie tam aż 9(!) tras. w tym 1 zielona - Famili Line - i kolejne trzy określone jako niebieskie. Dla zupełnie początkujących przeznaczony jest Famili Line.



Całkiem łatwy jest też Snake. A jakie są moje wrażenia? Myślę, że to najbardziej progresywna miejscówka. Spokojnie możecie tu przyjechać na pierwsze zjazdy. Trasa Famili to nadal trasa górska, więc zasada - poznaj podstawy najpierw - nadal jest aktualna. W czasie wizyty w Kasinie mieliśmy szczęście spotkać sporo nowych rowerowych wymiataczy Jak Mamba On Bike i Majka Micherda czy chłopaków z Suck My Bars. Zgodnie zauważyliśmy, że nam trasa może się wydawać bardzo łatwa, ale gdy trafi na nią zupełny żółtodziób mtb, nawet Famili Line będzie dla niego wyzwaniem. Na szczęście pod wyciągiem znajdziecie wypożyczalnię i trenerów w Arek Bike Center. Szkolą tutaj też dziewczyny, które moim zdaniem lepiej rozumieją inne panie w czasie pierwszych zjazdów.

Dokąd więc wybrać się na pierwsze zjazdy na rowerze? Ja wybrała bym Kasinę. Wyciąg i duża liczba tras pozwalają na zrobienie dużej liczby zjazdów i progresu nawet w jeden weekend. Jeśli traficie na pozostałe trasy, które opisałam, też się nie zawiedziecie. Każda z nich nadaje się do nauki. Myślę jednak, że warto mieć na uwadze to, co pisałam w tym wpisie.

Jeśli macie więcej pytań, koniecznie piszcie je w komentarzach. Odpowiem chętnie, jeśli tylko będę znała odpowiedź.

Google+ Badge

Szukaj na tym blogu

logo