czwartek, 8 listopada 2018

ILE KOSZTUJE SPORTOWY WYJAZD DO USA? Kalifornia, Nevada, Utah

Podróże ubogacają, pieniądze nie dają szczęścia itp itd. Internet pełen jest takich haseł. Na koniec dnia jednak wiele sprowadza się do pieniędzy i tego ILE KOSZTUJE wymarzona podróż. Podliczałam tu wcześniej koszta wyjazdów do poszczególnych krajów Azji. Tym razem pora na podliczenie wyjazdu do USA.

Zanim jednak zacznę straszyć kwotami, muszę zaznaczyć, że jest wiele sposobów na urealnienie kosztów wyjazdów. Także w przypadku USA - bardzo drogiego kraju - są opcje takie jak wyjazdy na Work&Travel, czy opcje wolontariatów. 


Anyway... przejdźmy do konkretów. Właśnie wróciliśmy z naszego drugiego już wyjazdu do Stanów Zjednoczonych. Tym razem sami planowaliśmy nasz wyjazd i dlatego dokładnie znamy poszczególne koszta z nim związane. Na naszym kanale znajdziecie film, gdzie podajemy uśrednione ceny i podsumowanie, ile taki wyjazd przeciętnie mógłby kogoś kosztować. Tutaj podam Wam koszty, które ponieśliśmy wprost. W miarę możliwości wrzucę jak najwięcej konkretów o tym, gdzie spaliśmy i co tam robiliśmy. OK, zacznijmy więc.

Wyjazd do USA dla wielu osób zaczyna się od uzyskania wizy. My załatwiliśmy ten temat już w zeszłym roku. Dostaliśmy wtedy wizy ważne 10 lat. Nie było więc konieczności ubiegania się ponownie. Konkretne informacje o naszej specyficznej sytuacji wizowej wrzucam na samym dole tego posta w p.s.

OK, mamy już wizę możemy więc bez ryzyka kupować bilety. My lecieliśmy bezpośrednio do Los Angeles z Warszawy. Od jakiegoś czasu jest dostępne takie połączenie PLL LOT. Lot trwa ok 11-12 godzin. Ja zawsze sprawdzam loty korzystając ze strony lub aplikacji kayak. Zwykle wyszukuję tam połączenia, ale kupuję je w miarę możliwości bezpośrednio na stronach poszczególnych linii. Zdarza się, że na kayak'u wyskakuje super cena u pośrednika, ale na koniec np. nie ma tam bagażu, albo posiłku, czy jest inne zamieszanie. W tym przypadku nie było żadnych kombinacji. Kupiliśmy bilety za 2666,51 zł za osobę w obie strony. Łącznie za nas dwoje zapłaciliśmy więc 5333,02 zł. W tamtym momencie nie było wiele bardziej korzystnych ofert. Nic poniżej 2 tys. zł za osobę z dziwnymi przesiadkami. W tej cenie, LOT oferuje oczywiście ograniczoną liczbę miejsc, ale z odpowiednim wyprzedzeniem da się je kupić.


Na miejscu pierwsze kroki kierowaliśmy do wypożyczalni samochodów Sixt. Jeszcze przed wylotem zarezerwowaliśmy tam samochód. Nasz plan podróży przewidywał przejazd z LA do Lake Elsinore, następnie do Hurricane i Virgin w stanie Utah i powrót nad ocean do San Clemente. Nie byli byśmy w stanie zrealizować tego planu bez własnego środka transportu. Za 15 dni korzystania z samochodu, z pełnym ubezpieczeniem i tzw. roadside assistance (full opcja) zapłaciliśmy 680 USD, czyli 2728 zł. Do tego dochodzi jeszcze koszt paliwa. Benzyna w USA jest nieco tańsza niż w Polsce, ale też jej ceny różnią się pomiędzy stanami. W Kalifornii za galon (ok, 4,55 l) płaciliśmy do 4 USD, w Utah, nawet poniżej 3 USD. Łącznie na paliwo wydaliśmy 861,5 zł, a przejechaliśmy ok 1400 mil (2255 km). Wszelkie środki transportu kosztowały nas więc 5333,02 + 2728 + 861,5 = 8922,52 zł

Płaciliśmy za średniego SUV'a, ale na miejscu wyhaczyliśmy upgrade do małego pick-up'a. Polecamy takie autko w USA, szczególnie, gdy planujecie wozić deski surfingowe
Następna sprawa to noclegi. WAŻNA sprawa - nawet jeśli chcieli byście podróżować po USA kamperem pierwszą noc po przyjeździe musicie spędzić w hotelu lub innym stacjonarnym noclegu. To tak na marginesie. My zrezygnowaliśmy z kampera i nocowaliśmy w hotelach a przemieszczaliśmy się autem. Doszliśmy więc do cen noclegów. To w Stanach jeden z większych problemów. Noclegi są tam bardzo drogie - szczególnie wkurza relacja jakości do ceny. 50 USD (blisko 200 zł) to w zasadzie minimalna cena za noc w motelu/hotelu. Za tę kwotę dostajecie dość losowy standard. Czasem będzie to odnowiony, czysty duży pokój i ciepłe śniadanie. Innym razem za nawet wyższą cenę dostaniecie brudny pokój, bez śniadania i bez pewności czy pościel została zmieniona po poprzednich gościach. Tę samą ruletkę macie na przestrzeni 50-100 USD za dobę. Na większą kwotę i tak nie było by nas stać. Zastosowałam więc zasadę "najtańszy z sensownych". Uważnie studiowałam opinię na booking.com, ale jednak hotele traktowałam tylko, jako miejsca do spania, bez poszukiwania perełek. Iiiii tak... pierwszą noc spaliśmy w hotelu w LA Best Western Plus Commerce Hotel. Za noc ze śniadaniem zapłaciliśmy 259 zł. Hotel był położony daleko od centrum, i był w zasadzie jedyną akceptowalną cenowo opcją, gdzie nie pojawiała się opinia "okolica wydaje się niebezpieczna". Po tej nocy szybko wyjechaliśmy z LA i spędziliśmy kolejną noc i dzień w San Clemente, ok godziny drogi na południe. San Clemente to piękne miasteczko nad samym oceanem. Niestety trafiliśmy tam w piątek, a to oznaczało... weekendowe ceny. W USA w turystycznych miejscach ceny drastycznie rosną na weekend. Dlatego za średniawy hotel (Roadsicde Inn) zapłaciliśmy 410 zł.  



Cena obejmowała śniadanie. Z San Clemente pojechaliśmy prosto na strefę spadochronową Skydive Elsinore. Tam nasze finanse odetchnęły z ulgą, bo na strefie dostępny jest nocleg dla skoczków - raczej prosty hostel, z łóżkami piętrowymi, w cenie po 10 USD za osobę za noc (pod warunkiem, że skaczesz). Spędziliśmy tam 2 noce, które kosztowały nas łącznie 152 zł. Po skokach ruszyliśmy w stronę Red Bull Rampage. Na trasie postanowiliśmy zanocować w Las Vegas. Po zeszłym roku wiedzieliśmy, że w tym mieście (poza weekendem) można znaleźć nocleg z dość dobrą relacją jakości do ceny. Spaliśmy w hotelu Circus Circus i za noc w wieży zachodniej (hotel jest ogromny i każda jego część ma inny standard) zapłaciliśmy 256 zł, niestety bez śniadania. Stamtąd pojechaliśmy prosto do Hurricane w Utah. 


To chyba najbliższa miejscowość do lokalizacji Red Bull Rampage, gdzie dostępne były hotele. Za nocleg w Motelu Super 8 by Wyndham, przez 4 noce ze śniadaniami (w tym świeże gofry i jajka na twardo) zapłaciliśmy 806 zł. Motel był spoko, klasycznie nic szczególnie fajnego ani nic odrażającego. 

Stamtąd ruszyliśmy na ocean. Po drodze zatrzymaliśmy się w Barstow, znów w motelu Super 8 by Wyndham. Las Vegas nie wchodziło w grę, ponieważ w weekend najtańsze pokoje kosztowały tam po 1000 zł. W Barstow zapłaciliśmy 226 zł za noc ze śniadaniem. 

Baseny to prawie standard w motelach w USA w tej ciepłej części kraju. Ten w Barstow był bardzo fajnie otoczony zielenią
Kolejne 5 dni spędziliśmy już w San Clemente. Znów zastosowałam zasadę "najtańszy z sensownych" i po przestudiowaniu bookingu padło na hotel Miramar. Nie powiem, żebym była super zadowolona, bo tuż przy wejściu do naszego pokoju znaleźliśmy tablicę informującą o tym, że budynek zawiera azbest (szok!). 
  

Zasadniczo jest tak w przypadku większości moteli w USA - to taki standardowy typ budynku. Niemniej jednak nie chcesz widzieć tego tak wprost napisanego. Inne hotele, które rozważałam z zewnątrz sprawiały lepsze wrażenie, jednak opinie o nich były bardzo złe. Amerykanie potrafią odpimpować hotel na zewnątrz zostawiając syfek w pokojach, więc cóż... może było tak też w tym przypadku. Nasz hotel poza azbestem był jednak czysty i niedawno odnowiony. Za 5 nocy ze śniadaniami zapłaciliśmy tam 1424 zł
Za wszystkie noclegi zapłaciliśmy więc łącznie 3533 zł

No dobra, ale nie pojechaliśmy do USA tylko jeździć i spać. Pora na wyliczenie kosztu zajawkowej części wyjazdu. Atrakcje mieliśmy 3: skoki spadochronowe, Red Bull Rampage i surfing. Na pierwszy ogień poszedł surfing. 

Kalifornia słynie z surfingu nie bez powodu. Wokół San Clemente znaleźliśmy super spoty, ale o tym innym razem
Już przy pierwszej wizycie w San Clemente znaleźliśmy najlepszą wypożyczalnię i spot na surfing. Deski braliśmy ze sklepu Rip Curl na obrzeżu miasteczka. za 24 godziny za jedną deskę podstawowa cena to 32,5 USD (licząc z podatkiem), druga doba kosztowała 26,5 USD, można też było wybrać opcję 4 godziny za 21,5 USD. W naszych konfiguracjach wyszło nam łącznie 226 USD czyli 845 zł. Najlepsze dla nas spoty umieszczone były przy plażach stanowych. Wjazd na plaże stanowe to koszt 15 USD dziennie (za samochód i pasażerów). W ramach tej ceny możesz zmieniać miejsca w ciągu dnia. My tę kwotę zapłaciliśmy 5 razy. To daje 75 USD czyli 280 zł

Dalej ruszyliśmy na skoki. Nie ma tu potrzeby wchodzenia w szczegóły organizacji i kosztów skoków z Seanem MacCormackiem z Red Bull AirForce. Na szczęście także ja skoczyłam sobie na zwykłych zasadach. Jako skoczek bez licencji odbyłam 2 studenckie skoki. Pierwszy z instruktorem za 129 USD oraz drugi samodzielny za 69 USD. W tej cenie wliczony jest cały niezbędny sprzęt. Dla samodzielnych skoczków koszt biletu do góry to 25-26 USD, do której trzeba ewentualnie doliczyć wynajem sprzętu, układkę itp. Nas to nie dotyczyło. Za moje 2 skoki zapłaciliśmy więc 198 USD, czyli 740 zł.

Nie był to może najlepszy skok w moim wykonaniu, ale przeżycie, jak zawsze warte pieniędzy
Po skokach ruszyliśmy na Rampage. Na szczęście, jako akredytowane media nie płaciliśmy za udział w Red Bull Rampage. Cena standardowego biletu na dzień eventu to 100 USD za osobę, jest to jednak koszt, który nas ominął. Upiekło nam się także z ceną wizyty w parku narodowym Kaniony Zion. Skorzystaliśmy z przepustki kolegi, który kupił roczny pass. Jednorazowa (tygodniowa) przepustka na samochód z pasażerami kosztowała by nas 35 USD.

Udział w Red Bull Rampage to rewelacyjne doświadczenie, dla zawodników, kopaczy i mediów na pewno inne niż dla widzów. Tak czy inaczej warto wybrać się za rok. W końcu znów będzie można kibicować Szymonowi.
OK podsumujmy koszt zajawek: 845 + 280 + 740 = 1865 zł

No i najlepsze... tak serio to najgorsze, zostawiłam na koniec. Jedzenie w USA to koszmar. Po pierwsze jest zwykle niesmaczne, po drugie - drogie. Im smaczniejsze tym droższe. 

Myślę, że szczególnie dziewczyny mnie zrozumieją
Na szczęście nie jesteśmy foodiesami, dlatego przez te 2 tygodnie w zasadzie szukaliśmy w jedzeniu pożywienia i tyle. Już wcześniej pisałam o tym, że wybieram zwykle hotele ze śniadaniami. Dzięki temu oszczędzaliśmy na pewno od 15 do 35 USD dziennie (tyle kosztują zwykle śniadania na mieście) choć pewnie nie nasze zdrowie. Jedynie w pierwszym hotelu dostępne były dość zdrowe opcje ze świeżych produktów. Ale niezdrowe jedzenie to powszechny problem w tamtym kraju i tyle. Obiady kosztowały nas przeciętnie od 13 do 20 USD. Zwykle napychaliśmy się wegetariańskimi burrito - koszt 5-8 USD za osobę, porcja  ogromna. Całkiem spoko były pizze dostępne na kawałki. Rozmiar amerykańskiej pizzy powoduje, że na posiłek starczał nam 1-2 kawałki, czyli koszt ok 5-9 USD. Gdy pokusiliśmy się o coś bardziej wyszukanego musieliśmy się już liczyć na osobę z kosztem 16 USD - wege  burgery w Hermosa Beach, czy 22 USD - pad thai w Springdale. 


Pobyt na Red Bull Rampage stanowił dla nas pewną oszczędność. Na miejscu korzystaliśmy z cateringu, gdzie karmiono nas całkiem nieźle. Ostatecznie szacuję, że na jedzenie, większe i przekąski wydawaliśmy średnio ok 30 USD dziennie na nas dwoje. Czyli szacunkowy koszt szamki ustalamy na łącznie 1720 zł

Do tego dodajmy jeszcze 80 USD , które zapłaciliśmy za kartę Sim w T-Mobile. Za tę cenę mieliśmy nieograniczony szybki internet i amerykański nr telefonu na czas wyjazdu. To koszt konieczny dla nas ze względu na pracę. W peelenach wychodzi 300 zł.

Czyli ile wychodzi nam razem:
16340,52 zł

Oczywiście nie jest to koszt równy co do złotówki temu, co wydaliśmy. Kupiliśmy na miejscu parę rzeczy, od tak, dla zachcianki. Tego nie wliczałam. Mam jednak nadzieję, że ta kwota daje Wam obraz tego, z jakim kosztem trzeba się liczyć planując zajawkowy wyjazd do USA. Czy da się taniej, pewnie tak. Czy da się drożej - to zawsze! Niestety Stany nie są tanim miejscem. Naszym zdaniem jednak warto wybrać się tam i samodzielnie zorganizować wyjazd odpowiadający Waszym pasjom, jak ten odpowiadał naszym. Czy wszystko było jasne? Jeśli macie jakieś pytania, jak zawsze chętnie odpowiem na nie w komentarzach o ile będę znała odpowiedź. Tymczasem do następnego...



p.s. obiecana pogadanka o sprawach wizowych.

Gdy jedziesz do USA pierwszy raz pamiętaj, żeby minimum miesiąc wcześniej złożyć odpowiednie wnioski wizowe. Wszystko zrobisz na stronie www.ustraveldocs.com. Cena ubiegania się o najpopularniejszą wizę (B1/B2 Turystyczna/Biznesowa) to 160 USD. Myślę, że warto tu wspomnieć o mojej konkretnej sytuacji. W zeszłym roku wizę uzyskałam tuż przed ślubem. Wiza trafiła do mojego starego paszportu (paszport z panieńskim nazwiskiem ważny jest przez 2 miesiące po ślubie i właśnie wg tej zasady podróżowałam wtedy do Kanady i USA). Po powrocie z USA rok temu musiałam już uzyskać nowy paszport, z nowym nazwiskiem. Wiza została w starym paszporcie. Wydając nawy dokument pani w urzędzie zadbała o to, żeby nie dziurkować strony z wizą w starym paszporcie. Na dowód tego, że zmieniłam nazwisko po ślubie pobrałam jeszcze tzw. wielojęzyczny odpis aktu ślubu (odbiera się go od ręki w dowolnym Urzędzie Stanu Cywilnego, a opłata to 22 zł). Ostatecznie podróżowałam z kompletem: stary paszport z wizą, nowy paszport, wielojęzyczny odpis aktu ślubu. Nikt nawet nie mrugnął okiem i nie było z tym żadnego problemu.

Przydatne linki:

niedziela, 4 listopada 2018

PRZYZNAJ SIĘ - Ty też nudzisz się na wakacjach!

... może nie... ale jeśli tak, to czytaj dalej, może w tym poście znajdziesz odpowiedź dla Ciebie.
Urlop, wakacje, podróże - wielu z nas czeka na nie cały rok. Jedziesz w piękne miejsce. Tropiki, zabytki, plaża, piękne widoki. OK - marzenie. I co z tego, jeśli po prostu się tam nudzisz?


Po pierwsze masz prawo przyznać się przed sobą i kimkolwiek tylko potrzebujesz, że pobyt choćby w raju na ziemi Cię nudzi. Im szybciej to zrobisz, tym szybciej zaczniesz szukać na to lekarstwa. Olej ludzi, którzy będą wzbudzać u Ciebie wyrzuty sumienia. My też słyszeliśmy, że nie wypada mówić źle o wyjeździe, o którym inni mogli by tylko pomarzyć. I co? Moim zdaniem wypada, bo najważniejsze to rozpoznać co lubisz, a czego nie. Następnie trzeba zacząć tak planować swój czas, żeby spędzać go zgodnie ze swoimi pasjami.

Treneiro szwędający się po pięknych świątyniach, które nazwaliśmy sobie roboczo "ruinkowo" 

Treneiro na zajawce dojechali do niesamowitej świątyni ukrytej w kambodżańskiej dżungli. Widać chyba różnicę 😎
Jak w takim razie mam się nie nudzić na wakacjach? Naszą odpowiedzią jest zamiłowanie do różnych sportów. Uświadomiliśmy sobie, że to nie miejsce podróży jest dla nas najważniejsze, a to jaką z naszych ulubionych aktywności będziemy mogli tam wykonywać. Najlepiej jest więc znaleźć synergię (tak tak użyłam tego słowa) lokalizacji i sportu. Dzięki temu możemy poznawać świat i nowe miejsca, a jednocześnie nie nudzić się tam. Ja nazwałam to sobie turystyką sportową. 

Jak ją praktykować? To proste. Krok pierwszy (1) pokochaj jakiś sport. Im więcej dyscyplin tym lepiej. Następnie (2) znajduj miejsca, gdzie możesz ten sport uprawiać. Przykładowo: surfing. My zaliczyliśmy już fale w Portugalii na południu i północy tego kraju. Na Bałtyku w Polsce. Następnie w Kanadzie, Vancouver Island, w Malibu w Kalifornii, na Bali w Indonezji, w Mui Ne w Wietnamie. W tej chwili znów korzystamy z fal Kalifornii w okolicach San Clemente. 



Co najmiej kilka z tych miejsc, jeśli nie wszystkie, odwiedziliśmy właśnie z myślą o surfingu. Czy to znaczy, że tylko na tym się tam skupiliśmy? Oczywiście, że nie. Poza sesjami na wodzie odpoczywaliśmy odwiedzając piękne miejsca w głębi lądu. Taki zasłużony odpoczynek był znacznie lepiej przyjmowany niż wymuszone szwędanie się po ładnych okolicach.

Jako rest-day wyprawa na huśtawki i takie tam do dżungli? Oczywiście!
Co da Ci takie podejście do wyjazdów? Cóż...

Kiedyś już pisałam o tym, że robiąc coś, co budzi silne emocje wzmacniasz wspomnienia konkretnego miejsca. Nadal trzymam się tego zdania. Zdecydowanie łatwiej jest mi pamiętać konkretne momenty, złapane fale, te nie złapane, udane i nie udane próby pływania za latawcem, zjazdy po stokach narciarskich itp. itd. Każda taka sytuacja jest przygodą. Dużo łatwiej pamiętać przygodę niż widoczek. My zwykle mamy swoje przygody nagrane, ale zasadniczo nie jest to nawet potrzebne, bo po prostu lepiej się je pamięta.

Widoczek fajny do kawki, ale jeszcze lepszy do rowerów.


Druga sprawa, to zwyczajnie wyeliminowanie nudy. Jadąc w miejsca, gdzie możesz uprawiać swój ukochany sport, zwyczajnie masz tam coś do roboty. Nie tylko czas uprawiania sportu, ale też organizacja, znalezienie sprzętu, ustalenie najlepszych miejscówek itp. angażuje Twój umysł w fajny sposób, często zupełnie inny niż codzienne życie. 

Dzięki sportom, czy tak naprawdę jakiejkolwiek pasji, jaką realizujesz w podróży, pozwolisz sobie też na nawiązanie szczególnej więzi z ludźmi na miejscu. Pod tym względem polecamy zdecydowanie organizowanie tych sportów w możliwie największym stopniu poprzez tzw. lokalsów. Nie zawsze Ci się to uda. Nie zawsze też osiągniesz zakładaną relację z nimi. W większości przypadków jest to jednak rewelacyjny sposób na nawiązanie bardzo fajnych znajomości - takich opartych o łączące Was pasje i doświadczenia. Ja bardzo dobrze wspominam pod tym względem szczególnie Indonezję, a konkretnie Bali. Jeżdżąc na rowerach poznaliśmy tam faceta, który rzucił swoją karierę prawniczą w stolicy Indonezji i został przewodnikiem rowerowym na Bali. Spotkaliśmy też świetnych riderów na lokalnym pumptracku, a następnie naszego ulubionego instruktora surfingu Anga. W czasie naszego aktualnego pobytu w USA mieliśmy okazję skakać ze spadochronem w legendarnej strefie Skydive Elsinore i tam spotkać (a nawet skoczyć razem z nimi) prawdziwe ikony tego sportu. Dzielenie się doświadczeniami z takimi ludźmi zawsze wzbogaca nasze życie, a czasem może prowadzić do realizacji wspólnych projektów, czy po prostu do fajnej przyjaźni. W relacji turysta - przewodnik zwykle nie nawiąże się takiej relacji.

Z nami legenda Joe Jennings. Rewelacyjne spotkanie na strefie Skydive Elsinore, która działa już 60 lat!
Nie wiem, czy muszę Was dalej przekonywać. Warto chyba jednak dodać, że mój tekst można z pewnością zastosować też do innych pasji, jak architektura, sztuka, wino czy gotowanie. Ważne, jednak, by ten cenny czas urlopu i wakacji spędzać w sposób wartościowy dla siebie i w pełnej zgodzie ze swoimi zainteresowaniami. Nie daj sobie wmówić, że musisz być wdzięczny i zachwycony łażeniem wokół ruin, jeśli zwyczajnie Cię one nie interesują.

Tak na zakończenie przypomniałam sobie jeszcze o jednej sztuczce, którą może zastosować ktoś, kto potrzebuje sportu tak, jak my. Gdy tylko możemy zabieramy w podróż deskorolki. Nie, nie jeździmy na nich za dobrze, mimo to zawsze są dla nas świetną alternatywą dla spaceru. Zawsze jakoś wolimy pojeździć na czymś zamiast chodzić. 

Treneiro Mistrze Deskorolek :D
A co Ty najbardziej lubisz robić w podróży? Czy masz takie pseudo-ADHD sportowe, jak my? A może starannie wybierasz trasy podróży pod kątem świetnych restauracji (przy okazji - chętnie przyjmiemy jakieś ciekawe wege miejscówki). Jak zawsze bardzo chętnie poznam Wasze zdanie w komentarzach. 

XOXO
Zuza

poniedziałek, 17 września 2018

Wyglądasz jak LAMUS. Pogódź się z tym!

Przejmujesz się tym, co mówią do Ciebie inni? Jak na Ciebie patrzą? Jak reagują na to, co robisz i jak to komentują? Ja też. Wiem, że podobno nie powinnam. Ale co na to poradzę? We live in a society i tak to już jest, że opinie tego society wokół nas trafiają do nas...

Tym banalnym wstępem przejdę teraz do właściwego tematu. Często wyglądam jak lamus. Dlaczego? Bo zaczynam i próbuję wielu sportów, które wymagają ubrania specjalnych ciuchów i ochraniaczy. I nie, nie uważam za sensowne rozpoczynania sportowej przygody od wydawania kilku - kilkunastu tys. peelenów na super stylóweczkę. Cóż, te rentalowe zwykle powodują, że wygląda się hmm... odpowiednio do poziomu umiejętności.

No i tak - moim zdaniem jest to w pełni spoko. Kiedy zaczynam przygodę z nową dyscypliną, całkiem świadomie nie staram się wyglądać super pro. Szczerze, po prostu trochę śmieszą mnie ludzie, którzy np. większą wagę przywiązali do zestawu naklejek na kasku snowboardowym niż do nauki podstawowych skrętów. Tak już mam, że nie chciała bym swoją stylówką budzić w ludziach na snowparku oczekiwań co do moich umiejętności, a później ześlizgnąć się obok przeszkód i wywalić się na 4-litery.

Oczywiście - każdy robi, jak uważa. Ubiera to, co lubi. Tutaj tak tylko delikatnie sugeruję, że - podobnie jak w przypadku cultural appropriation (wygooglujcie sobie, bo to ostatnio modny termin) tak i w przypadku sportowych subkultur, przebieranie się w szatki prosów i topowych zawodników, może budzić pewien niesmak. 

No tak, aaaaaale takie bycie cool i fajna stylówka często właśnie jest jedną z motywacji do zainteresowania się sportem. Szczególnie w przypadku takich alternatywnych, freestyle'owych dyscyplin. Chcemy wyglądać cool, a w ciuchach dla początkujących wyglądamy mniej cool?

Tutaj taka np. foteczka - Zuzia w pełnym rynsztunku początkującego skoczka spadochronowego.

Żeby było fajniej, złapałam największe gogle, jakie znalazłam :D ale to już niechcący
Spójrzmy prawdzie w oczy wyglądam, jak lamus. Ja sama się z tego śmieje. Jednak przyznam Wam, że poczułam się dziwnie, gdy śmiali się ze mnie też ludzie, którzy od skoku spadochronowego są tak daleko, jak ja od lotu w kosmos. Mówią o tym, jak to mają już upatrzony super stylowy profesjonalny (drogi)  kask, nie mając jeszcze na koncie żadnego skoku... Cóż, trochę wzięłam do siebie ich podśmiewanie się. No bo w końcu do skakania zmotywowało mnie m.in. oglądanie filmów Mai Kuczyńskiej, która wygląda tak pięknie w locie. Później jednak pomyślałam, że nawet wyglądając jak połączenie muchy i kuli armatniej jestem o POZIOM wyżej od tych żartownisiów... Te emocje które poczułam dały mi do myślenia. Ja mam już tyle doświadczenia życiowego, że jestem w stanie zablokować niepewność i wstyd. Ale co z młodszymi osobami? Co z dzieciakami, które idą w stroju do karate, potykają się na rolkach, jeżdżą na pierwszym rowerze z supermarketu i słyszą z oddali przytyki kolegów? 

Nastolatek, może nawet nie powiedzieć rodzicom, że zrezygnował z jazdy konnej, bo koledzy robili nieprzyzwoite komentarze. Wraz z zachęcaniem, bądź z realizowaniem marzeń młodych ludzi o nowych pasjach, warto jest wzmacniać ich psychicznie. Warto pokazywać, że do profesjonalizmu wiedzie długa, trudna droga. W tej drodze konieczna jest cierpliwość i pokora. Na tej drodze będziesz wyglądać jak lamus, ale TYLKO wyglądać. Konsekwentnie dążąc do celu jesteś 10 razy bardziej cool, niż tracąc czas na przysłowiowej ławce pod blokiem, czy kanapie przed telewizorem. Szczęśliwie, wielu sportowców na najwyższym poziomie pokazuje swoje pierwsze spotkania ze sportem. Myślę, że każdy powinien na nie spojrzeć w chwili zwątpienia. Możesz sobie wtedy powiedzieć - "o Sean White też wyglądał, jak lamus", "o Maja też zaczynała w wielkim kombinezonie, który łopotał w czasie latania w tunelu".


My na Treneiro Vlog, też staramy się pokazywać taką drogę. Może bardziej YouTube'owo było by spotkać się za rok, czy dwa po godzinach wylatanych w tunelach i w powietrzu i nagrać edit pod epicką muzę... Pewnie tak, ale po co ściemniać, po co udawać, że nagle znikąd jesteśmy pro? Naszym celem jest promowanie fajnych zajawek, a nie siebie. I uważam, że pokazując te mniej stylowe początki zaoszczędzimy kilku osobom rozjechania oczekiwań i rzeczywistości w wybranych sportach. 

Chyba nie ma tu czego podsumowywać. Starałam się jasno napisać, co leży mi na sercu. Na koniec jeszcze film o moich lamerskich początkujących skokach. Dajcie znać w komentarzach, jakie są Wasze emocje na początku nowego sportu.


wtorek, 28 sierpnia 2018

Życie to sport ekstremalny, NIE śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową

Jak na razie życie każdego człowieka nieubłaganie kończy się śmiercią. Świat daje nam nieskończone spektrum przyczyn. Można umrzeć ze starości, można zachorować, można zginąć od rolki papy spadającej z dachu (serio real story), zginąć w wypadku samochodowym, spłonąć w kapsule NASA wracając z kosmosu, rozbić się lecąc na wingsuicie... niektórzy też przestają żyć długo zanim zostaną pochowani...

Jakiś czas temu powstało takie hasło - konkretnie tytuł filmu - życie, jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową. Analogia jest jasna. Dostając życie, dostajesz gwarancję śmierci. Jednak moim zdaniem ta analogia sugeruje, że śmierć jest jedynym celem życia, a jednocześnie największym wrogiem. Życie ze śmiertelną chorobą skupia się często na 1. ograniczeniu cierpienia i 2. odsunięciu śmierci jak najdalej. W skrócie na egzystowaniu jak najdłużej. Nie zgadzam się na takie traktowanie życia! Nie chcę całego życia przeżyć skupiając się tylko na bezbolesnym i przetrwaniu...

Ale chyba jestem Wam winna wprowadzenie... skąd taki temat... straszny, smutny temat. W zeszłym tygodniu dotarła do mnie wiadomość o śmierci jednego z czołowych polskich wingsuit'erów. Właśnie słowa jego partnerki zrobiły na mnie wrażenie, tak głębokie, że poczułam potrzebę przemyślenia życia takich ludzi. W pożegnaniu na jego profilu napisała m.in. "Jesteś dla nas wzorem pięknego i spełnionego człowieka"❤ Nie umiem bezpośrednio napisać do niej jak bardzo jest mi przykro ze względu na jej stratę, w takich sytuacjach nie czuję się uprawniona do wkraczania w żałobę... Może za jakiś czas, gdy przejdzie już do codzienności bez ukochanego, trafi na ten post i dowie się, że jej pożegnanie było dla mnie inspiracją (nie chodzi o inspirację dla tego tekstu, a do podejścia do mojego życia). 

Cóż angażując się w sporty ekstremalne wchodzimy w nie zasadniczo dla zabawy i radości, dawki adrenaliny i endorfin. Nie wybieramy (ani ja ani Andrzej) tej drogi, ponieważ jest ryzykowna, a raczej mimo tego. Ponieważ dbamy o ograniczenie ryzyka oddalamy strach i poczucie niebezpieczeństwa jak najdalej od siebie. Niestety szybko po zaangażowaniu w środowisko poszczególnych sportów dowiadujemy się, że prędzej czy później każdy z uprawiających ten sport traci kogoś znajomego, mniej lub bardziej bliskiego. W miarę zagłębiania się w ten świat są to coraz bliższe nam osoby. Dla mnie pierwszym takim realnym wydarzeniem była śmierć pewnego  21 letniego surfera. To było krótko po tym, jak sama, m.in. za jego sprawą pokochałam ten sport. Teraz odszedł kolejny człowiek, ikona w swojej dziedzinie, którego ja i Andrzej znaliśmy bardziej jako partnera strefowej koleżanki.


W świetle tego, o czym napisałam wyżej pojawiła się w mojej głowie taka myśl. Zamiast porównywać życie z chorobą, chciała bym traktować je jako sport ekstremalny. Myślę, że analogia jest dość prosta. Sporty ekstremalne - szczególnie osobom spoza tego środowiska wyraźnie kojarzą się z ryzykiem śmierci. Oddając się takiej ekstremalnej pasji, jak skydiving, surfing, wspinaczka wysokogórska, czy choćby wyczynowa jazda na rowerze zdajemy sobie sprawę ze związanych z tym zagrożeń, nawet z ryzyka śmierci. Niemniej jednak, choć naszym znajomym i rodzinom wydaje się, że bardzo się narażamy, to jednak Naszym celem nie jest zabić się, a wręcz przeciwnie, przeżyć jak najdłużej, do kolejnej i kolejnej przygody. Wiele osób zaangażowanych w taką ekstremalną aktywność żyje długo, bardzo długo. Niektórzy na pewnym etapie decydują się rezygnować z ryzyka i przesiadają się na bardziej bezpieczne hobby, bo ich przygodą jest teraz np. rodzina. Niemniej jednak część z nich traci życie, robiąc to, co kochają najbardziej.

Po co w ogóle myślę o różnicy tych dwóch podejść - życie jako choroba, a życie jako sport ekstremalny? Tu właśnie ważne są słowa młodej kobiety, która w obliczu straty ukochanego napisała "Jesteś dla nas wzorem pięknego i spełnionego człowieka". Podobnie, gdy dowiedziałam się o śmierci znajomego surfera, myślałam o tym, że gdy zginął trwał prawdopodobnie najlepszy rok w jego życiu. Od miesięcy realizował swoją ogromną pasję otoczony przyjaciółmi. Choć przed nim było jeszcze wiele przygód, to ostatni czas żył w 1000%. 

Mam to szczęście, że nie straciłam jeszcze nikogo mi bezpośrednio bardzo bliskiego w nagły sposób. Mam ogromną nadzieję, że nigdy nie będę musiała tego doświadczyć. Mogę jedynie zastanawiać się i interpretować słowa tych, którzy przeżyli taką stratę, co czują te osoby. Jakie znaczenie ma dla nich świadomość, że osoba, która odeszła żyła na 1000%? Jakie znaczenie ma dla nich świadomość, że jego/jej życie skończyło się w szczęśliwym dla nich czasie?

Ja sama myślę, że świadomość spełnionego, szczęśliwego życia ukochanej osoby, może dostarczać pewnego rodzaju ukojenia bliskim. Nic nie załagodzi w pełni ich bólu po stracie, ani nie wypełni pustki po bliskim. Myślę, jednak, że świadomość, że skończyło się szczęśliwe i pełne życie będzie choć minimalnym pocieszeniem. Na pewno większym niż była by wizja, że "planował zwiedzać świat na emeryturze", "chciał otworzyć wymarzony hotel... za 5 lat". 

Gdy umiera śmiertelnie chora osoba, często mówi się - przegrała walkę z chorobą. Zamiast mówić - wyrwała chorobie i śmierci tyle wspaniałych dni. Śmierć przyjdzie tak czy inaczej. Warto więc celebrować każdy dzień wyrwany z życia. Każdą złapaną falę, każdy bezpiecznie wylądowany skok. Gdy traktujesz życie jak sport ekstremalny, to na koniec dnia liczba przeżytych, na prawdę przeżytych, dni jest, będzie Twoim sukcesem. 

Nie chcę rzucać tu banałami o łapaniu chwili, życiu jakby jutro miał się skończyć świat itp... Większość z nas przeżyje długie życie, umrze ze starości za wiele lat. Prowadzenie życia w sposób zaplanowany oczywiście ma sens... To, co chcę powiedzieć to, że swoje życie należy wypełniać, nie za 5 lat, nie - gdy skończy się kolejny projekt w pracy, nie na emeryturze. Plany na przyszłość i marzenia są konieczne, jednak najważniejsza jest ich realizacja. Osiąganie kolejnych celów w drodze do tych najważniejszych. Świadomość, że w tej ostatniej sekundzie nie pomyślisz "żałuję, że nie zrobiłem tego... tamtego". Myślę, że Twoi bliscy też poczują większy spokój wiedząc, jak wiele już w Twoim życiu zostało zrealizowane, zamiast rozpaczać nad niespełnionymi odległymi marzeniami.

Nikt nie chce umierać, ale wielu z nas boi się żyć, żyć tak naprawdę...

To tyle... nie oczekuję tu specjalnie aktywności, ale potrzebowałam po prostu napisać ten post.


*Dla Camerona i jego przyjaciół, dla Bartka i dla Doroty, która straciła bratnią duszę.




czwartek, 16 sierpnia 2018

ZMIANY W EGZAMINACH NA PRAWO JAZDY - zobacz co Cię czeka na kursie

Już niedługo pojawi się nowy element kursu na prawo jazdy. Zobacz, co będziesz musiał zrobić w ramach szkolenia. 

Ostatnio razem z kierowcą rajdowym Kubą Przygońskim odwiedziliśmy Driveland, tor do nauki bezpiecznej, płynnej jazdy. Takie szkolenia, już wkrótce mają być obowiązkowe dla osób szkolących się na prawo jazdy.

Zupełnie serio polecamy je nawet, jeśli jeszcze nie są wymagane:






W konkursie Red Bulla możesz wygrać takie szkolenia. Szczegółów szukaj na specjalnych czteropakach oraz TUTAJ.

niedziela, 12 sierpnia 2018

Czy rollercoastery są dla dzieci? - Energylandia vs. downhill

Dlaczego lubimy jeździć do parków rozrywki, jak Energylandia, Legendia czy Gardaland? Jesteśmy dorośli, jaramy się sportami ekstremalnymi. Mamy za sobą takie doświadczenia, jak samodzielne skoki spadochronowe, freeride w wysokich górach i jazdę DH na rowerach. I co z tego? I tak uwielbiamy takie łatwiejsze formy zdobycia naszej ulubionej adrenaliny.



Jeśli znacie dobrze nasz kanał wiecie, że można na nim znaleźć bardzo szerokie spektrum aktywności. Dlaczego tak? Dlaczego nie pokazujemy TYLKO rowerów, TYLKO surfingu, TYLKO aquaparków, TYLKO trampolin? A to dlatego, że nasze życie jest znacznie bogatsze. Odkąd się poznaliśmy wiedzieliśmy, że oboje lubimy różne aktywności. Rozdzielanie naszej uwagi i czasu na tak wiele zajawek ma swoje plusy i minusy. Ale o tym chyba w innym wpisie (chcecie?)



Tutaj odniosę się do tego, że nasi sportowi znajomi troszkę wyśmiewają robienie filmów z np. Energylandii, czy parków wodnych. Z kolei widzowie, którym nasze sportowe zajawki są dalsze ciągle piszą "kiedy kolejny aquapark?". Szczerze, trochę się złościmy tak na jedne, jak i na drugie komentarze. Nasze życie jest bogate w różne zajawki. To, co Wam pokazujemy, to miejsca, które sami postanawiamy odwiedzić, bo po prostu CHCEMY. Tak samo chcemy pokazać Wam nowy bikepark, jak i nowy mega rollercoaster. W każdym miejscu, które odwiedzamy spotykamy ludzi w bardzo różnym wieku.

Niektórzy mówią, jak to parki rozrywki, czy aquaparki są dla dzieci. Prawda jest taka, że w tych miejscach znaczną większość gości - takie jest nasze wrażenie - stanowią młodzi i starsi dorośli. Z kolei np. jazda na rowerze czy surfing to już tematy dla dorosłych... hmmm powiedzcie to Antkowi (13 l.) Czy Sky i Ocean (9 i 7 l.) https://www.instagram.com/awsmkids/.


To, co jest jednak dla nas ważne, to rozróżnienie poziomu ekstremalności i odwagi wymaganych przez różne sytuacje, które pokazujemy. Choć sami uwielbiamy sport, jak i tą rozrywkową adrenalinkę (jak na kolejkach górskich) bardzo źle reagujemy na Wasze komentarze, gdy mówicie, że ktoś jadący zjeżdżalnią wodną jest bardziej WOW, niż np. Bracia Godziek i inni zawodowi ekstremalni sportowcy . Aquaparki, czy parki rozrywki, są super. Nadal jednak są to miejsca rozrywki, gdzie bez ryzyka możecie poczuć adrenalinę, prędkość, przeciążenia. Odwaga, jakiej wymaga pójście na Hyperion, nie ma się jednak nijak, do odwagi i skupienia, jakiego wymaga skok spadochronowy, robienie flipów na hopach, czy nawet zjazd po kamienistej trasie DH. 


Chciała bym tutaj...hmmm zaapelować (czy to właściwe słowo?) do naszych widzów z obu stron tego ekstremalnego płotu:

Kochani true schoolowi hardkorowcy - trochę dystansu! Nie ma nic złego w odrobinie zabawy. Na co dzień ryzykujecie swoje zdrowie i życie dla adrenaliny i przygody. Wiemy dobrze, że wielu z Was też lubi szybkie rollercoastery... po co więc choćby lekka szydera z faktu, że my to pokazujemy na kanale. Warto podkreślić, że np. Energylandia ma u nas wielki szacunek właśnie za strefę  pokazów ekstremalnych - tak tak nasi koledzy pokazują tam, co potrafią i gromadzą co godzinę zajaraną publiczność.


Z drugiej strony, kochani widzowie, ci którzy najbliższe spotkanie z adrenaliną mają na zjeżdżalni kamikadze - szanujemy to, że nie każdy ma odwagę, której wymaga uprawianie ryzykownych sportów. Nie każdy chce. Nie każdy musi. My to kochamy i czasem trudno nam zrozumieć, że ktoś może nie być tym zajarany. Ale jednak staramy się. Nie możemy jednak pogodzić się z komentarzami pod filmami np. z zawodów rowerowych, gdzie wyrażacie opinie jakby wyjście na ulicę w kąpielówkach było bardziej niesamowitym wyczynem niż twister na rowerze. Nie, nie musi Was to interesować, nie musicie sami próbować, jeśli wiecie, że nie chcecie - ALE wygłupy na ulicy, zjeżdżalnia wodna, czy nawet rollercoaster nigdy nie będzie tak ekstremalny jak górska trasa rowerowa czy skoki spadochronowe. Zależy nam więc, abyście to szanowali i szanowali umiejętności, treningi i ryzyko podejmowane przez sportowców.

A w skrócie? Treneiro Vlog to kanał o tym, jak my żyjemy i co nas jara. Dlatego apel o filmy TYLKO z rowerów, TYLKO z aquaparku, WIĘCEJ trampolin, czy o ograniczenie się do jakichkolwiek tematów nie przekonają nas do zmiany. Nadal będziemy robić to, co lubimy, bo nasz wiek, czy doświadczenia życiowe są ostatnim, co może nas ograniczyć! Cytując klasyka "róbta co chceta". Taki mamy plan. Elo! 😎

wtorek, 24 lipca 2018

Sportowy zegarek - czy ma sens?

Sportowe smartwatche, analizujące aktywność i uprawiane sporty pojawiają się coraz częściej na nadgarstkach sportowców, ale nie tylko. Jeszcze pracując w biurze widywałam je często u kolegów i koleżanek. Sama ja, ani też Andrzej, nie myśleliśmy specjalnie o wyposażeniu się w taki wynalazek. Uważaliśmy, że jesteśmy bardzo aktywni, uprawiamy masę sportów i trenujemy. Tak UWAŻALIŚMY 😎

Ostatnio trafiły na nasze ręce smartwatche Fitbit, przy okazji współpracy z tą marką. Z góry zaznaczam, że ten post nie jest sponsorowany. Jest on wynikiem moich osobistych przemyśleń przy okazji korzystania z takiego zegarka od około miesiąca. Dlatego też nie będę tu rozpisywać się o konkretnych specyficznych właściwościach tego konkretnego produktu. To, o czym będę pisała, jak sądzę, jest właściwością wspólną dla tego typu gadżetów.


Oboje z Andrzejem jesteśmy widziani przez moich znajomych, jako bardzo aktywne osoby, wiodące sportowy tryb życia. Sami też przyzwyczailiśmy się do takiego postrzegania naszego życia. Tymczasem, także wskutek zmian w ostatnim roku, znacznie trudniej jest nam pilnować regularnej codziennej aktywności. Konsekwencją mniej stabilnego trybu życia stało się to, że jesteśmy aktywni bardzo albo ... wcale. W ostatnich miesiącach próbowaliśmy dodawać do naszego dnia treningi, ale często zdarzało się, że robiliśmy je bardziej dla uciszenia sumienia. Przekonując się, że trening został zaliczony.


Odkąd nosimy na co dzień zegarki śledzące tą aktywność, oszukiwanie się skończyło. Początkowo raczej bawiliśmy się tym, sprawdzając i porównując głównie fazy snu i liczbę kalorii. Chyba na basenie pierwszy raz zauważyliśmy, że nasze standardowe pływanie, to jakiś żart. Ja od dawna pływałam 20-25 długości (x 25 m). To poniżej kilometra. Wydawało mi się po prostu, że czasowo zajmuje mi to 40 minut, a po prostu nie jestem specjalnie szybka w pływaniu. Pierwszy basen ze smartwatchem na ręce i ...koniec ściemy. Jedno spojrzenie na przebieg treningu i widzę, że moje 20 długości to raptem 15 minut aktywności (sic!). Nieco mniej drastycznie było to zauważalne w przypadku moich domowych treningów. One też okazały się jednak krótsze niż bym chciała. 


Jaki był tego skutek? Cóż - płacę za godzinę wejścia na basen - nie mogę więc wyjść po 15 minutach pływania 😂 Ewidentnie każdy trening, który podejmujemy, dzięki mierzeniu go jest dłuższy. W przypadku pływania, myślę, że średnio robimy teraz 150% swojego typowego pływania. W przypadku wyjść na rower, pilnowanie treningu spowodowało, że nadałam rytm swojej jeździe. W tej chwili zamiast chaotycznie i losowo błąkać się po Kazurce, robię regularne cykle na pumptracku, hopkach i innych częściach górki. Domowe treningi są po prostu dłuższe. 

Jedno o czym chciała bym jeszcze, żeby zegarek mi przypominał, to codzienna godzina aktywności. Gdy pracowałam w biurze, zawsze po pracy pilnowałam treningu. Teraz zdarza nam się przyłapać na tym, że trzy dni z rzędu spędzamy przed komputerem. Co gorsza kolejny dzień musimy spędzić na dużym wysiłku, np. na rowerze w górach. Prawdę mówiąc jestem pewna, że mój smartwatch ma taką opcję. Na tą chwilę wiem tylko, że po dniu mogę sprawdzić ile godzin spędziłam aktywnie. Potrzebuję jednak czegoś mocniejszego... a może wystarczy samo mocne postanowienie i silna wola?


Wpis, który właśnie przeczytaliście powstał dość spontanicznie. Wybaczcie więc, jeśli nie jest super techniczny i uporządkowany. Chciałam opisać to, co zrobiło na mnie największe wrażenie przy używaniu sportowego smartwatcha. Uważam, i doświadczyłam sama na sobie, ze jest to zaskakująco skuteczne narzędzie motywujące do ćwiczeń. Jeśli macie jakieś pytania na temat konkretnie Fitbit Versa, Fitbit Ionik (takiego używa Andrzej) albo tego rodzaju gadżetu po prostu, piszcie. Jeśli macie swoje przemyślenia lub sposoby na pilnowanie codziennej dawki aktywności, także podajcie je koniecznie w komentarzach, ja lub inni czytający mogą z skorzystać z takich rad. 

Google+ Badge

Szukaj na tym blogu

logo