wtorek, 17 kwietnia 2018

SPRZĘT NA STOK - jaki kask wybrać na snowboard, jakie gogle będą najlepsze na narty, czy warto jeździć z plecakiem?

Ostatnio pisałam konkretnie o sprzęcie do jazdy. Mam nadzieję, że czytaliście ten post. Tym wpisem zamknę już chyba ten sezon zimowy. Opowiem o tym, jak wybrać odpowiedni kask i gogle. Kilka słów poświęcę też tematowi plecaków.

No to zaczynamy.

Ja wybieram konfigurację - czapka i gogle pod kask, przyznam bez bicia, że chodzi częściowo o wygląd.
Kask.
First things first - tak, trzeba jeździć w kasku! W tym temacie nie ma dyskusji.

Skoro to jest już jasne, to wybierzmy kask. Pierwsza zasada - musi pasować. Kask jest jednym z elementów sprzętu w każdym sporcie, którego nie warto kupować przez internet na ostatnią chwilę. Nawet jeśli zmierzysz swoją głowę i dobierzesz rozmiar, kształt kasku może nie pasować. Taka była dokładnie sytuacja w przypadku mojego pierwszego kasku. Wybrałam jeden z lepszych modeli firmy RED. 

Zbliżenie na kask. Są też moje stare gogle Dragona DXS
Bardzo lekki. Ta firma robi konkretnie kaski na snowboard. Wszystko było by ok, gdyby nie fakt, że moja głowa miała inny kształt niż standardowa głowa w firmie RED. Kask bardzo cisnął mnie z boku głowy. Dopiero kiedy totalnie go wybebeszyłam, zostawiłam tylko twardą część skorupy i zakładałam go na czapkę, kask zaczął w miarę pasować. Nadal nie leżał idealnie. Drugi kask kupiłam już po przymiarce. Tym razem jednak postawiłam na firmę rowerową TSG. Przyoszczędziłam i tym razem wybrałam minimalnie cięższy kask TSG Evolution. Skoro i tak zakładam kask na czapkę uznałam, że nie ma sensu kupować ocieplanego kasku. W ten sposób jednym kaskiem załatwiam temat roweru (na rower mam jeszcze full face, ale czasem ten "orzeszek" wystarcza) i snowboardu. Zimą po prostu wyjmuję z kasku gąbki, które dopasowują kask do głowy, gdy nie mam czapki.

Dokładnie tak samo robi Andrzej. Ma nawet ten sam kask, tylko w innym kolorze i jeździ w nim zimą i latem.

Wersja zimowa
I wersja letnia - choć Andrzej ma zimowe gogle (na kasku miał kamerę, która obciążała kask i gogle musiały go trzymać)
Takie kaski nadają się też wystarczająco do innych sportów (poza wodnymi), np. do jazdy konnej.

Czy jest to jedyny dobry wybór? Oczywiście, że nie. Podałam kilka powodów, dla których ja tak właśnie wybrałam. Problem z systemem czapka+kask jest taki, że cały ten zestaw lubi się rozjechać. Wtedy z bardzo stylowego, robi się bardzo niestylowy. Nikt nie lubi, gdy na mróz wystaje kawałek gołego czoła. Trzeba się więc pilnować. Dobrze dopasowany kask stworzony konkretnie do sportów zimowych będzie prawdopodobnie stabilniej siedział na głowie. Jednak raczej nie nada się do innych sportów. Jeśli jednak nie potrzebujesz, by był uniwersalny, to nie będzie dla Ciebie problem.



Gogle.

Jest tyle rodzajów gogli na rynku, że chyba nie da się doradzić lepiej niż: 1. wybierz półkę cenową, 2. wybierz, co podoba się Tobie, 3. sprawdź, czy gogle są kompatybilne z Twoim kaskiem, 4. sprawdź, czy gogle są kompatybilne z Twoją twarzą. Jeśli wszystko pasuje, to znalazłeś/aś swoje gogle.

Na ten moment nasz wybór, to modele gogli od marki Majesty Skis
Gogle, to nie są takie fikuśne okulary słoneczne. Ich założeniem jest chronić Twoje oczy i twarz. Dlatego zaleca się jazdę w goglach raczej niż w okularach. Uwierzcie mi, to bywa nowość nawet dla wytrawnych, wieloletnich narciarzy. To na co warto zwrócić uwagę, a co nie każdemu na początku przyjdzie do głowy to możliwość wymiany szyb i ich dostępność. Gogle nosisz niezależnie od pogody. Dlatego też, od samego początku Twoje gogle powinny mieć co najmniej 2 szyby (mi zawsze te 2 wystarczały). Jedną przyciemnianą na mocne słońce. W mocnym słońcu biały śnieg jest sporym zagrożeniem dla nieosłoniętych oczu. Druga szyba przeznaczona jest na trudne warunki, gdy jest pochmurno. Ja używam żółtej szyby, która nieco poprawia kontrast (tj. wyciąga cienie, niewidoczne bez słońca, ułatwia w ten sposób ocenę stanu stoku). Andrzej przyzwyczaił się do jazdy z zupełnie przezroczystą szybą. 

Te same gogle na skuter? Czemu nie
Oboje w tej chwili jeździmy w goglach Majesty. Taki pro tip - fakt, że marka robi narty, nie oznacza, że ich gogle nie nadają się dla snowboardzisty. Na moją twarz niestety pasuje tylko model Patrol, ale nie narzekam. Te gogle podobają mi się i sprawdzają się już drugi sezon bez problemu. Andrzej ma model Spectrum, oraz najnowszy tegoroczny model The Force. The Force jara się szczególnie, bo ich szyba zamocowana jest na magnesach i przez to bardzo łatwo ją wymienić.

Zanim miałam swoje Patrole, jeździłam w goglach Dragon DXS. Przez kilka lat świetnie mi się sprawdzały. teraz nieco rozciągnął się w nich pasek więc... używam ich na rower do Full Face'a.

Miałam też przez chwilę gogle Von Zipper, ale poza fajnym wyglądem specjalnie ich sobie nie chwaliłam. Szybko też zniszczyła się w nich szyba.


Plecak.
Czy w ogóle warto jeździć z plecakiem? Moja ulubiona odpowiedź - to zależy. 

Na zdjęciu full opcja freeride'owa - plecak Ferino z systemem airbag
Po pierwsze zależy od tego, czy jeździsz poza trasami. Jeśli tak, to plecak jest wręcz konieczny. Co więcej konieczna jest konkretna zawartość - minimum to ABC lawinowe, czyli łopata i sonda lawinowe w środku plecaka, oraz detektor lawinowy założony na Tobie. Choć kiedyś, jak chyba każdy, popełnialiśmy błąd i jeździliśmy freeride bez tego wyposażenia, dzisiaj po prostu nie zeszli byśmy ze stoku nie mając go. Taki sprzęt możesz zapakować do jakiegokolwiek plecaka, ale zdecydowanie wygodniej będzie Ci wydobyć, go z plecaka przystosowanego do wożenia tych narzędzi. Szukać takiego plecaka możesz pod hasłem "plecak lawinowy" lub "plecak freeride'owy". Specyfika tego plecaka polega na tym, że będzie on posiadał specjalną kieszeń rozpinaną bardzo szeroko. W niej znajdziesz specjalne wąskie kieszonki na trzonek łopaty i na sondę. Taki plecak będzie też wyposażony w gwizdek. Poza szelkami będzie miał też poziome paski trzymające go lepiej na miejscu. Dostępne są malutkie, bardzo podstawowe plecaki na łopatę i sondę, ale my stawiamy jednak na bardziej zaawansowane modele, które mają też odpowiednie paski na mocowanie nart/snowboardu, a poza tym mogą być używane poza stokiem, jako zwykłe plecaki - np. kieszeń na laptopa.

Pierwszym plecakiem freeride'owym, jaki mieliśmy był Evoc Line. To fajny plecak, posiadający wszystkie podstawowe funkcje, a przy tym mający sporo miejsca na rzeczy poza sprzętem lawinowym. Nie miał jednak kilku cech, które mają nasze aktualne plecaki. W tej chwili jeździmy z plecakami Dakine Poacher. Andrzej ma model 36 litrowy a ja 26 litrowy. Każdy z tych plecaków pozwala na zapakowanie poza sprzętem lawinowym dodatkowych rzeczy, jak np. kamery, które nam są potrzebne na stoku. Ważną cechą tego plecaka jest możliwość rozbudowania go o system RAS - Removable Airbag System. Ten jest u nas dopiero w planach, bo - nie oszukujmy się - trochę kosztuje. Jednak dzięki takiej konfiguracji, znów oszczędzamy miejsce i minimalizujemy liczbę posiadanych rzeczy. Nasze plecaki służą nam jako zwykłe plecaki na co dzień, a jako lawinowe, gdy potrzeba.  Andrzej ze swoim niebieskim Poacherem zjeździł całą Azję.

Plecak z odpowiednim systemem pasków i szelek, nadaje się też na rower
Zamiast plecaka lawinowego z RAS możesz też zdecydować się na plecak przeznaczony tylko do jazdy poza trasami, wyposażony w nieusuwalny system airbag. Takie plecaki firmy Ferino możecie widzieć w kilku miejscach na naszych plecach w filmie z Majesty Freeride Camp.


No to rzuciłam Cię od razu na głęboki śnieg. A jeśli nie planujesz jeździć freeride? Odpowiedz sobie na pytanie, czy wozisz ze sobą rzeczy, które nie mieszczą się do kieszeni. Teraz stylówki na stok, często są nieco bardziej wąskie. Mniej osób jeździ na tzw. "rapie" (w luźnych ciuchach). Stąd kieszenie nie są tak przestronne. Jeśli nie potrzebujesz mieć ze sobą nic więcej niż batonik, pieniążek i telefon (tak, powinieneś zawsze jeździć z telefonem), to pewnie nie musisz mieć plecaka. Jeśli jednak chcesz wziąć ze sobą np. wodę, dodatkową kanapkę, dodatkową szybę do gogli, zapasową bluzę - lub np. chcesz mieć miejsce na kurtkę, gdy zrobi się za ciepło. Plecak zaczyna być przydatny. Na stoku widać ludzi z różnymi wynalazkami. Ja uważam jednak, że warto jest wybrać plecak, który będzie dobrze przylegał. Dlatego zawsze zwracałam uwagę na dodatkowe poziome paski, które trzymają plecak na miejscu. Takie plecaki można kupić nawet niedrogo w sklepach typu Decathlonu. 

 Jeszcze w Chamonix mieliśmy tylko GoPro i jeden niewielki aparat. Plecak nie był mi więc konieczny, dopóki nie zjeżdżałam na freeride.
Sama przyznam jednak, że zaczęłam jeździć z plecakiem dopiero w zeszłym roku, gdy musiałam pomóc Andrzejowi i przejąć do siebie część naszego sprzętu video. Do tej pory radziłam sobie 8 lat bez konieczności wożenia tylu dodatkowych rzeczy.

Tu plecak Quechua z Decathlonu, bardzo dobrze sprawdza się na stok. Może spokojnie spełniać się jako plecak freeride'owy, bo na pewno pomieści łopatę i sondę
No i znów się rozpisałam, ale może jest jeszcze coś, co chcesz wiedzieć na ten temat. Jeśli tak, to śmiało pytaj w komentarzach, a ja chętnie odpowiem, jeśli tylko znam odpowiedź.


piątek, 13 kwietnia 2018

JAKI SNOWBOARD WYBRAĆ? JAKIE NARTY SĄ DLA MNIE? - na jakich nartach i snowboardzie jeżdżą Treneiro?

Zastanawiasz się, jaki sprzęt do jazdy na snowboardzie lub nartach będzie dla Ciebie najlepszy? Który kask wybrać? Jakie gogle będą najlepsze? Jeśli nie wiesz, może ten post pomoże Ci wybrać.

Wiosna wjechała już na pełnej... petardzie. Nie znaczy to jednak, że nie warto myśleć teraz o sprzęcie na stok. Ale po co? Nie "po co" tylko "dlaczego". A to dlatego, że tuż po sezonie można wyhaczyć fajne okazje na wyprzedażach posezonowych. Po drugie, póki jeszcze klimat nie oszalał zupełnie, latem też da się pojeździć i to całkiem fajnie, np. w Zerrmatt, Les2Alpes, Tignes.

CZĘŚĆ I - snowboard i narty
O tym właśnie mówię - deska z kolekcji na ten sezon, w tej chwili kosztuje prawie o 1/3 mniej!!! (źródło: www.snowshop.pl)
Poprzednio pisałam o ciuchach. Tym razem napiszę więc o sprzęcie. To o czym mogę sama i z pomocą Andrzeja wypowiedzieć się choć trochę to: deski (narty, snowboard), buty i wiązania (mam nadzieję, że Andrzej pomoże w temacie tych narciarskich), kask, gogle i plecaki.

Zaczynam od najprostszego? Tak mi się wydaje - tj. Snowboard.

Na czym sama jeżdżę? W te chwili mam snowboard firmy GNU model B-nice o kształcie asymetrycznym, tj. podobno krawędź jest nieco inna od strony pięt niż palców. Profil tej deski, to tzw. hybryda z rokerem pomiędzy wiązaniami. Cokolwiek Ci to mówi? Pewnie nie. Skąd to wiem? Gdyby te magiczne słowa coś Ci mówiły, oznaczało by to, że jesteś już na tym lewelu, gdzie moja porada zupełnie nie będzie Ci potrzebna. Tak przynajmniej mi się wydaje, może jest inaczej.

Deseczka GNU B-Nice i wiązania Burton Scribe - mój zestaw bojowy
Cofnę się więc do początku standardowych przygód z deską. Czy warto wypożyczać deskę? Tak, ale (moim zdaniem) tylko i wyłącznie na początku, albo, jeśli ogólnie nie jeździsz dużo, nie jeździsz po stokach trudniejszych niż standardowa niebieska trasa. Jeśli jednak czujesz że snowboard, to coś, co daje Ci te endorfinki, których będziesz szukać częściej, moim zdaniem warto olać wypożyczalnie, gdy tylko nauczysz się jeździć. Na samym początku rodzaj deski zwyczajnie nie ma tak ogromnego znaczenia. Ważne jest w zasadzie, by obsługa wypożyczalni dobrała Ci deskę w odpowiednim rozmiarze i tyle. Później pożyczanie po pierwsze przestaje się opłacać - niezły snowboard można kupić już za 1000 zł, a co do zasady nie jest to zakup na jeden sezon. Po drugie zaczniesz odczuwać, że rentalowe deski nie mają tej samej jakości, miękkości i technologii, które mają te dostępne do kupienia (to ważne, bo jest to różnica w świecie snowboardu i nart). Zaczniesz też odczuwać znaczenie dobrze dopasowanych butów i wiązań.

OK. Skoro już umiesz jeździć, i wiesz, że będziesz jeździć - kupuj pierwszy sprzęt. Jaki? Osobiście uważam, że nie warto szarpać się tu na topowe modele. Moim zdaniem pierwsza deska może być eksperymentem. Warto jednak, żeby była to jedna Twoja deska, bo będziesz w stanie zidentyfikować jej dobre i złe cechy. Poprawiając swoje umiejętności będziesz czuć deskę coraz lepiej. Wtedy sam/a poczujesz, czy powinna być dłuższa (lepsza kontrola i stabilność), czy krótsza (łatwiejsze skręcanie), twardsza (gdy jeździsz szybko, po twardym śniegu, lub na poważnym freeridzie), bardziej miękka (gdy zależy Ci na skoczności, lubisz raczej freestyle).
Pierwsza moja deska. Rossignol Zena - o tym modelu mogę powiedzieć, że po jeździe na niej wiedziałam, czego NIE chcę w mojej desce :D  (UFO to moja własna fantazja)
Ja po jednym sezonie sprzedałam swoją pierwszą deskę i kupiłam, bardzo świadomie, mojego kotka - deskę Forum Spinster - Twin Tip (czyli taki sam kształt na obu końcach) w technologii double dog (deska przylega do podłogi w 3 punktach i podniesiona jest pod butami). 

Mój kociaczek. Projektant grafiki na pewno nie był trzeźwy, a cała deska była super. Tu jeszcze ze starymi wiązaniami, które niestety musiały ustąpić miejsca lepszym
Niestety marka Forum już nie istnieje. Bardzo lubiłam tę deskę i było mi smutno, gdy musiałam kupić nową. Ale wiecie co? Nowa jest jeszcze fajniejsza.

Różne cechy deski mają znaczenie dla różnej jazdy. To może mieszać sporo w głowie. Dlatego teraz uproszę nieco. Jaką deskę warto kupić, jako drugą - moim zdaniem deskę "All mountain" opisywaną jako deska dla początkujących i średnio zaawansowanych. Tak opisywana jest też moja aktualna deska. Możecie tu zobaczyć jej recenzję - GNU model B-nice. Kształt deski daje jest skoczność i pozwala "surfować" w puchu (podniesiony nos). Dzięki pofalowanym krawędziom nie mam problemu na twardym stoku. Oczywiście deska nie jedzie sama! Żeby korzystać ze wszystkich tych technologii musisz umieć jeździć na pewnym poziomie. Ja jednak byłam bardzo zaskoczona, że to wszystko działa. Zawsze śmiałam się z tych nowinek technicznych. Cóż musiałam przyznać, że nie mam racji, gdy pierwszy raz pojeździłam n a tej desce.

No dobra. Snowboard snowboardem. Przejdźmy do nart. Ja mam niewiele doświadczenia w tym temacie. Swoją przygodę zaczynałam na bardzo podstawowych nartach zjazdowych - takie rentalowe narty z najniższej półki. W zeszłym roku w Laax miałam wreszcie okazję pojeździć na czymś fajniejszym. Tj. na nartach Local Beauty od Majesty Skis. Cóż mogę powiedzieć o tych nartach. Myślę, że to fajny model też dla początkującej narciarki. Mi bardzo dobrze uczyło się na nich, a jednocześnie mają one specyfikę pozwalającą na jazdę po snowparku. Narty freestylowe, jak właśnie Local Beauty, zbudowane są w taki sposób, że ułatwiają skręcanie. Dlatego doceniam je jako lamuska narciarstwa. Oczywiście nie są to narty do bicia rekordów w slalomie, ale też ja nie miałam nigdy takich ambicji. To, co mi się podoba, jako snowboardzistce, to wygląd tych nart. Niestety zwykle stylówka nart do mnie nie przemawia, a tym wygrywają u mnie Majesty Skis.

Pierwsze narty, które naprawdę polubiłam. Na Treneiro Vlog możecie zobaczyć, jak poszła mi na nich nauka jazdy
To, co sama widzę w świecie narciuszków to znacznie większe zróżnicowanie nart, przeznaczonych dla różnych celów. Podczas, gdy ja jeżdżę na jednej desce wszędzie - Andrzej na dłuższy wyjazd zabiera zwykle dwie pary nart. Te szersze przeznaczone są na puch. W tym roku Andrzej bawił się modelami Hypernaut i Dirty Bear od Majesty. Hypernauty to twarde karbonowe narty, z krótszym tyłem. Przeznaczone są wyraźnie do jazdy po puchu i na poważniejsze wyjścia freeridowe. Na nierównościach dają poczuć swoją twardość i wymagają trochę przyzwyczajenia. Dirty Beary to narty bardziej uniwersalne. Są nieco szersze pod butem niż zjazdówki, czy parkowe narty. Dzięki temu nadają się do jazdy po nieprzygotowanych trasach i w lesie. Sprawdzą się super w wiosennym slushu (taki roztopiony miękki śnieg) Jednocześnie nie są takimi "łopatami" jak typowe puchowe narty, więc można na nich spokojnie jeździć po stoku i po snowparku. A to dzięki kształtowi "twin tip" czyli przody i tyły ukształtowane tak samo. Andrzejowi poleciła je Zuza Witych, zawodniczka z teamu Majesty, która świetnie jeździ po snowparkach, ale potrafi freestyle przenieść na teren poza trasą. Andrzej podpowiada mi, że właśnie takie szersze narty docenia szczególnie w wiosennych warunkach, gdy śnieg jest bardzo miękki.

Dirty Beary są szerokie, ale znacznie bardziej uniwersalne niż narty typowo freeride'owe
No tak, ale zanim pojedziesz na snowpark, albo freeride jeździsz jednak po stoku. Pod tym względem, narty różnią się od snowboardu. Z uwagi na to, że zasadniczo na stokach nadal dominują narty zjazdowe, wypożyczalnie mają znacznie większy przemiał nart niż snowboardów. Dlatego też w wypożyczalniach (szczególnie na zachodzie) możesz często wypożyczyć naprawdę topowe modele uzupełniane co sezon. Jeśli więc jeździsz raz/dwa razy w sezonie i wybierasz własnie modele zjazdowe, wypożyczanie nie jest takim złym pomysłem.

Kiedy jednak zdecydujesz się na jazdę poza stokami trudniej będzie Ci wypożyczyć odpowiednie narty. Ciekawym rozwiązaniem może być wybranie się na obóz taki, jak Majesty Freeride Camp. Podczas obozu uczestnicy mogą korzystać z wyboru nart przeznaczonych konkretnie do freeride'u. Jeśli więc na co dzień korzystacie z nart zjazdowych, na takie wyjazdy nie musicie specjalnie kupować nart. My znamy ten konkretny obóz, ale istnieją także inne. Jeśli będziecie rozważać udział w takim wydarzeniu, warto podpytać właśnie o dostępność nart.



Jesteś tu jeszcze?

OK. Żeby zamknąć temat dodam jeszcze buty i wiązania.

Buty Snowboardowe. Moim zdaniem podstawową zasadą przy wyborze butów na snowboard jest - wygoda i dopasowanie. Każda stopa jest inna i każdemu będą pasowały inne buty. Ja jeżdżę w butach marki DC. Niestety nie jest łatwo kupić je w Polsce. Dostępne są w sklepach brandowanych Quicksilver i Roxy. Tylko te buty wystarczająco dobrze trzymają moją stopę w kostce. Jedyną radą, jaką mogę Ci dać, to - przymierzaj przymierzaj przymierzaj! Żeby sprawdzić dobrze but snowboardowy wychyl się w nim na palce i poczuj, czy kostka trzyma się w bucie czy wyjeżdża do góry. Jeśli wyjeżdża - szukaj dalej. W średniej półce cenowej, buty nie będą różnić się tak bardzo specjalizacją do różnych rodzajów jazdy i powinny być wystarczająco uniwersalne. Moim zdaniem nie warto kupić butów zbyt miękkich, bo mniej chronią kostki. W sklepie zobaczysz też masę różnych rodzajów sznurowań. To też już Twój dowolny wybór. W pierwszej kolejności wybierz but, który dobrze leży. Sposób wiązania jest mniej istotny. Ja zupełnie serio wybieram oldschoolowe zwykłe sznurówki. Dają mi w moim poczuciu więcej kontroli nad wiązaniem buta. Wiele osób jednak gardzi takim prehistorycznym systemem i woli np. system BOA, gdzie kręcąc kółeczkiem z przodu buta zaciskasz żyłkę, która wiąże całość. Cóż - w mojej ocenie to przerost formy nad treścią, a do tego spory problem, gdy żyłka pęknie. Są też systemy 2 linek - osobna na część pod i nad kostką. Serio - wybierz ten, który uznasz za najwygodniejszy dla Ciebie.

Niestety czasem dobre dopasowanie musi być ważniejsze niż wygląd. Moje aktualne buty są w mojej ocenie paskudne (kwestia gustu), ale tylko one wówczas pasowały do mojej stopy. Do tego, kupując je zrobiłam duży błąd - nie miałam ze sobą wiązań. Skończyło się na docinaniu brzegów podeszwy - SERIO
Wiązania Snowboardowe. W tej dziedzinie też powstało sporo różności. Znów jednak uważam, że dopóki nie jesteś prosem nie masz potrzeby wychylać się poza średnią półkę cenową. Każda firma robiąca wiązania ma coś dla prosów i coś dla przeciętnych użytkowników. Ja jeżdżę w wiązaniach firmy Burton - model Scribe, które kupiłam ze względu na to, że moja poprzednia deska potrzebowała wiązań lekko elastycznych, żeby nie niweczyć jej specyficznej konstrukcji. Te wiązania są ze mną już 6 lat i nigdzie się nie wybierają. W porównaniu z poprzednimi, jakie miałam widzę, że istotnym plusem tych wiązań są: (1) gruba warstwa miękkiej pianki pod butem - wyraźnie czuję, że oszczędza to moje kolana na twardym stoku, (2) przedni pasek obejmujący but na czubku, zamiast na śródstopiu.

Możecie tu zobaczyć różnicę przodów moich wiązań i rentalowych wiązań Andrzeja
Przesiadając się na taki system ja osobiście wyraźnie poczułam lepszą kontrolę nad deską. Te dwie cechy możecie znaleźć w wiązaniach różnych firm, ale warto zwracać na nie uwagę. Jeszcze jedna rada - kupując wiązania, miej ze sobą swoje buty. Nie wszystkie buty i wiązania są ze sobą kompatybilne. Jeśli np. zdecydujesz się na specyficzny system wiązań firmy Flow - buty innej firmy mogą słabo z nim działać.

Wiązania w wypożyczalniach zwykle mają krótsze tyły. Moim zdaniem zabiera to sporo kontroli nad deską.
Buty Narciarskie. Cóż - tu działa ta sama zasada: But ma dobrze leżeć i dobrze trzymać stopę. W tej chwili dostępne jest sporo możliwości dopasowania buta do stopy. Wygrzewa się wewnętrzne wkładki. Wiele skorup - ten zewnętrzny plastik - też pozwala na tzw. odbarczanie. Polega to na podgrzaniu części skorupy i wypchaniu, jej w miejscach, gdzie ciśnie w stopę. Dla Andrzeja to okazało się konieczne. Zmierzył chyba z 15 par butów. Ostatecznie wybrał model firmy LANGE, który jednak nadal potrzebował odbarczenia. Buty narciarskie, często dają się lepiej poznać dopiero, gdy spędzisz w nich więcej czasu (co najmniej 30-60 minut), dlatego warto wziąć je do domu. Zwykle sklepy zgadzają się na zwrot w ciągu 1 lub kilku dni. 

Buty narciarskie dostępne są w bardzo różnych twardościach. Na początek zaleca się nieco bardziej miękkie buty (flex index do 90). Pozwalają one łatwiej utrzymywać prawidłową sylwetkę - opierać łydkę na językach butów. Taką miękkość wybierają też prosi na snowpark - lądowania są dla nich mniej bolesne. Z czasem, do szybszej jazdy i do jazdy poza trasą będziesz wybierać coraz twardsze buty.

Ponieważ w ostatnich latach coraz bardziej
popularne staje się podchodzenie z nartami pod górę, w sklepach znajdziecie też buty (moim zdaniem wyglądające ładniej) do skituru. Nie zawsze będą one pasować do standardowych, zjazdowych wiązań. Są też dużo niższe i słabiej trzymają nogę. Myślę więc, że nie jest to dobry wybór buta do uniwersalnej jazdy. 

Wiązania narciarskie. Andrzej na pytanie o wiązania odpowiedział - "nie mogę nic powiedzieć, bo moje nie są dobre".

Pro Tip - na jedną nartę wystarczy zamocować jedno wiązanie, Eventy Hubi&Kubi są jedynym wyjątkiem od tej reguły
Wiązania narciarskie to ogólnie temat rzeka. Tu powiemy tyle, że kupując własne wiązania do swoich nart zauważysz prawdopodobnie różnicę względem tych z wypożyczalni. Rentalowe wiązania są wyższe. Twój but jest zamocowany sporo nad nartą. Wiązania dostępne dla klientów w sklepie są niższe, i nie mają tak ciężkich szyn, jak te w wypożyczalniach. Dzięki temu Twoje własne narty z takimi wiązaniami będą lżejsze. Takie prywatne wiązania pozwalają też na dokładniejsze dopasowanie do konkretnego narciarza. Co do specyfiki konkretnych marek i modeli wiązań nie chcieli byśmy się wypowiadać, bo zwyczajnie nie mamy wystarczającej wiedzy. Jeśli jednak masz konkretne pytania, być może będziemy w stanie odpowiedzieć, więc śmiało pisz w komentarzach.

No dobra, znów powstała treneiro-epopeja. Na kaski, gogle i plecaki zaproszę Cię więc do kolejnego posta.

Temat sprzętu sportowego, to studnia bez dna pytań i odpowiedzi. Dlatego jestem pewna, że nie napisałam wszystkiego. Mam jednak nadzieję, że zachęcę Cię tym do podpytywania mnie o jakiekolwiek dokładniejsze kwestie. Odpowiem, jeśli tylko znam odpowiedź.

Do zobaczenia w następnym blogu.




sobota, 7 kwietnia 2018

STYLÓWKA NA NARTY LUB SNOWBOARD - w co ubrać się na stok?

Hmm, dlaczego piszę o ciuchach na snowboard, gdy własnie zaczęła się wiosna? Odpowiedź jest prosta - wyprzedaże posezonowe. Na zakup ubrań i sprzętu snowboardowego i narciarskiego, gdy nie chcesz wydać na niego majątku, są dwa dobre momenty. Pierwszy - tuż przed sezonem. Drugi - pod koniec sezonu. Dlatego też ten post pewnie przypomnę jesienią.

Ok, przejdę do rzeczy. W co należy się ubrać na stok? Pierwsza odpowiedź jest taka - w to, w co tylko masz ochotę 👊 

Tak, tak się da! No może nie cały dzień
Zakładam jednak, że ten post czytają też osoby, które dopiero planują swój pierwszy wyjazd i mogą zupełnie nie wiedzieć, jakie bardziej standardowe wyposażenie może im się przydać.

W pełnym rynsztunku. Tak jeżdżę w zasadzie tylko na lodowcach na freeride lub przy bardzo złej pogodzie
Zaczynamy więc od spodu:

1. Bielizna

Nie wiem, co jest ważne dla facetów. Dziewczynom doradzam jednak wybrać sportową bieliznę. Po pierwsze - sporty zimowe to jednak sporty. Piękne koronkowe staniki mogą ucierpieć, gdy spocisz się wygrzebując ze śniegu. Druga sprawa jest taka, że wszelkie fiszbiny itp, mogą być źródłem dodatkowych siniaków, gdy upadniesz. Na nartach nie zdarza się to często, ale na snowboardzie wcięcie przedniej krawędzi lubi skończyć się "upadkiem na cycki" (wybaczcie, ale trudno określić to delikatniej). Sportowe staniki zapewniają też lepsze podtrzymanie biustu.

Warto zaopatrzyć się też w wysokie skarpety. Osobiście nie wiem czy poziom sportowości i specjalności tych skarpet ma takie ogromne znaczenie. Zdarzyło mi się założyć po prostu zwykłe wysokie kolanówki i nie odczuwałam wielkiej różnicy. 

Na krótką jazdę wystarczą zwykłe kolanówki. Gdy planujesz spędzić na stoku więcej godzin, warto jednak zainwestować w coś bardziej technicznego niż te na zdjęciu.
Jedno, co może mieć znaczenie to, że lepsze skarpety techniczne będą miały grubszy materiał na stopie, a to już wpływa na wygodę. Powyżej pewnej ceny skarpet dodawane są też poważniejsze technologie. Lepsza oddychalność, antybakteryjne materiały. To tak, jeśli chcesz już wydać więcej niż 100 zł za parę.

2. Termy - czyli bielizna termiczna

Przed rozpoczęciem mojej przygody ze snowboardem, chyba nigdy nie musiałam nosić kalesonków. Na snowboardzie/nartach jest to tymczasem standard. Pierwsza warstwa, którą zakładasz na ciało ma kilka funkcji. 

1) W szczycie zimy jest pierwszą warstwą, która zapewnia ciepło. Ja mam zawsze 2 komplety term. Cieńsze, na ciepłe dni i grubsze, z dodatkowym kołnierzem - na zimniejsze. Jeśli chodzi o ceny i materiały - ponownie, wszystko zależy ile chcesz wydać. Ja jeżdżę w termach Majesty. W tej chwili współpracujemy z tą marką, ale zupełnie szczerze przyznaję, że pierwsze ich termy, w których nadal jeżdżę kupowałam sobie sama, jako zwykły klient. Moim zdaniem w tych granicach cenowych - poniżej 200 zł - nie mają konkurencji. Wiele znanych dużych marek niestety spoczęło na laurach i skupiło się na grafice, a nie na technicznych właściwościach. Oczywiście są dostępne lepsze pod względem technologicznym rzeczy, ale ich ceny są w mojej ocenie zaporowe dla amatorów. Mnie jakoś boli wydanie 300-500 i więcej zł na koszulkę, która też nie będzie spełniała wszystkich moich oczekiwań. Zwróć uwagę, żeby dół termy sięgał wysoko na plecy a koszulka była długa.

Gdy już zaopatrzysz się w dobre termy, zobaczysz, ze przydają się nie tylko na stok
2) Gdy jest cieplej, lub zwyczajnie, gdy dużo się ruszasz i pocisz, odpowiednio dobrana terma będzie odprowadzać pot. Tak właśnie uzasadnia się techniczną bieliznę zamiast bawełnianych koszulek. Możecie tego nie wiedzieć, ale bawełna nie odprowadza wilgoci.

3) Jest to warstwa separująca Twoją skórę od spodni i kurtki. Zewnętrzne powłoki tj. kurtki i spodnie na deskę nie są przewidziane do zakładania ich prosto na skórę. Terma jest więc potrzebna jako izolacja pomiędzy skórą, a jakimkolwiek dziwnym plastikowym materiałem, z którego zrobione są spodnie i kurtka (jeśli nie zakładacie dodatkowej bluzy).

3. Hmm co dalej? Na termy ja zakładam ochraniacze. Na nogach cokolwiek miękkiego na kolana -  np. takie siatkarskie. Jeśli dopiero uczysz się jazdy, możesz sprawdzić szorty z ochronkami. Oszczędzisz sobie obitej pupy, ale ja jakoś sobie bez tego radzę. 

Jeśli jeżdżę po snowparku i planuję się obijać - zakładam dodatkowo "zbroję" od LevelX. Teoretycznie ona też działa, jak terma, ale jakoś wolę mieć jeszcze coś pod spodem. 

Zbroja daje mi +10 do odwagi, nie testowałam jej jeszcze przy bardzo poważnych upadkach. Ochraniacze na kolana są za to w użytku bardzo często
A dalej, tutaj już pojawia się sporo rozbieżności, co to tego, co powinno pojawić się dalej. Ja prawdopodobnie niweczę jakikolwiek sens bielizny technicznej, gdy zakładam na to wszystko bawełnianą bluzę. Cóż tak po prostu lubię. 

W tej chwili dostępne jest też sporo tzw. soft shell'i. Czyli bluz z bardziej technicznego materiału. Mnie możecie często zobaczyć w bluzie snowboardowej od DeepTrip, która w części na tułowiu jest właśnie takim soft shellem. Ja lubię ją zakładać na snowapark, bo ukośne cięcie rękawów ukrywa moją zbroję i nie wyglądam jak mięśniak 😉

Na ciepłe dni soft shelle sprawdzają się bardzo dobrze, a przy tym fajnie wyglądają
Majesty robi też pełne soft shelle i masę długich bawełnianych bluz. Co do kroju - dla mnie ważne jest, żeby bluza była długa, ale to jest totalnie kwestia wygody. Krótsza bluza mniej chroni od zimna, ale lepiej zmieści się pod kurtką. Długa bluza jest cieplusia i wygląda stylowo, ale zawsze umoczy się w śniegu. nie upchniesz jej też pod fartuch śniegowy (za chwilę napiszę co to takiego). Ja najbardziej lubię jeździć w samej bluzie. M.in. dlatego, że możliwe jest to tylko, gdy jest milutko i cieplutko. Przy zimnym wietrze niestety bawełna nie wystarcza i konieczna jest kurtka.

4. Powłoka zewnętrzna - kurtka, spodnie. Jaki ma cel kurtka, skoro tak fajnie jeździć na samej bluzie? A taki, że kurtka zrobiona jest co do zasady z dobrych technicznie materiałów i chroni przed wiatrem, a jednocześnie powinna też odprowadzać wilgoć. Wydajność tych funkcji zależy od zastosowanych technologii. Gdy wjeżdżacie w głęboki śnieg przydają się techniczne funkcje kurtek/ Lepsze kurtki (kiedyś miały go wszystkie, teraz niestety wielu producentów obniżyło mocno jakość) posiadają elementy chroniące przed dostaniem się śniegu pod kurtkę. Po pierwsze jest fartuch śniegowy, dodatkowy, ciaśniejszy materiał w środku, który szczelnie przylega do spodni i zapobiega wpadaniu śniegu pod kurtkę. Ja lubię też rękawki zahaczane o kciuk, które chronią ręce i wnętrze rękawiczek.

Czasem jednak dobra kurtka się przydaje - ja jeżdżę w kurtce Burton, którą kupiłam kilka lat temu. W tej chwili niestety kurtki podobnej jakości trafiły na wyższą półkę cenową i jest to wydatek 1500+ zł
Ale wiecie co? Przy dobrych warunkach pogodowych, gdy nie przewidujecie szczególnego wysiłku (np. podchodzenia pod górę albo tarzania się w śniegu) moim zdaniem nie ma potrzeby przywiązywać do tego tak wielkiej wagi. Jeśli jest dla mnie minimalnie zbyt zimno by jeździć w samej bluzie (gdy jedziesz z pewną prędkością wiatr względny powoduje, że możesz czuć zimno) zakładam na nią zwykłą ortalionową wiatrówkę od Vansa. To taka kurtka moro, którą możecie czasem widzieć na naszych filmach lub na moim Instagramie. Ma ona 2 funkcje. Po pierwsze chroni od wiatru, po drugie zapobiega obklejaniu śniegiem, gdy np. wyląduję w puchu.

Oddychalność nie jest jej mocną stroną, ale od wiatru chroni wystarczająco.
Spodnie, gdy nie planujesz ekstremalnego wysiłku, to już kwestia wygody i stylu. Mierząc je w sklepie weź zawsze pod uwagę grubość termy i ewentualnych ochraniaczy. Warto też rozważyć, czy planujesz jazdę w głębokim śniegu - wtedy możesz zainwestować w wyższe spodnie, albo tzw ogrodniczki - czy raczej zostaniesz na snowparku - mniejsza jest szansa śniegu włażącego za pas.

Hmm... co jeszcze o ubraniach?

Rękawiczki - szczerze uważam, że to jeden z najważniejszych elementów. Ja mam jedne rękawiczki, do których dodaję wewnętrzne techniczne rękawiczki na niższe temperatury. To, co dla mnie jest ważne, do zadbanie by za dużo śniegu nie wchodziło do rękawiczki. Czyli wybieram zawsze rękawiczki z dłuższym mankietem, a do tego dbam, żeby co najmniej terma, lub bluza, lub kurtka miała na wyposażeniu rękawki zahaczane o kciuk.

Niektóre zabawy na śniegu kończą się śniegiem wszędzie
Czapka - ja wybrałam jazdę w kasku rowerowym, pod który wkładam czapkę. Takiego wyboru dokonałam ze względu na wygodę i gust. Uszka doczepiane do zimowych kasków nigdy wystarczająco nie chroniły moich uszu. Taki styl też po prostu mi się podoba. Minusem jest konieczność poprawiania zestawu: czapka, kask gogle, żeby trzymał się w odpowiedniej konfiguracji. A jest to o tyle ważne, ze zawsze znajdzie się ktoś, kto zauważy akurat ten moment gdy wszystko się rozjechało i uzna za konieczne zwrócić na to uwagę 😒

z resztą nic przyjemnego nie ma w wietrze na czole :D
Szalik - zamiast szalika dobrze jest używać tzw. komina. W górskim wietrze lub słońcu warto chronić twarz. Idealne są do tego kominy z technicznego materiału. Moim zdaniem warto zainwestować w materiał z dodatkiem wełny z merynosów, która ma świetne właściwości oddychalności i ochrony przed zimnem. Mi najlepiej spisują się kominy Buff'a - ta firma zajmuje się w zasadzie tylko tym produktem, więc raczej znają się na rzeczy. Ale możecie znaleźć oczywiście ten sam produkt w różnych markach i cenach. moim zdaniem ważne jest zasłonięcie twarzy czymś, co nie ogranicza możliwości oddychania.

No tak - daj się dziewczynie wypowiedzieć o ciuchach, a dostaniesz najdłuższy wpis na świecie. W takim razie komentarze na temat sprzętu do jazdy, kasku, gogli itp zostawię na osobny post. Sprzęt też warto kupować tuż po sezonie, więc post nadal będzie zaskakująco aktualny.

Tymczasem, jak zwykle chętnie poczytam komentarze i odpowiem na Wasze pytania, jeśli tylko znam odpowiedź.

wtorek, 3 kwietnia 2018

Wyjazd na narty i nie tylko do Skicircus - Saalbach Hinterglemm Leogang Fieberbrunn

Cześć,

Chyba pora skończyć już męczenie tematu Azji i wrócić na nieco bliższe tereny. Prawda?

My przez ostatni miesiąc po prostu upajaliśmy się śniegiem i zimą, więc zabieram Was prosto na stok. Sezon zimowy jest już na wykończeniu, ale zostało jeszcze kilka dni. Z resztą, jak to mówią - przyszła wiosna, Wielkanoc, zaraz wakacje, a potem już w zasadzie wraca zima. I co? I znów  zaczniemy planować wyjazdy na narty i snowboard. Dlatego też tym razem o miejscu, które my lubimy bardzo odwiedzać. Konkretnie Skicircus Saalbach Hinterglemm Leogang Fieberbrunn.

Tip - zachody słońca w Hinterglemm, są sztosem
Właśnie wróciliśmy z kolejnego już naszego pobytu w tym regionie. A przy okazji świąt wielkanocnych wspominamy też nasz poprzedni pobyt, gdy właśnie tam pojechaliśmy na święta. 

Skicircus to połączone 4 mniejsze regiony: Saalbach, Hinterglem, Saalfelden - Leogang i Fieberbrun. Dzięki tej współpracy goście zyskują tu przede wszystkim dostępność 270 km tras na jednym karnecie. To właściwość, którą polscy narciarze/snowboardziści doceniają szczególnie (if you know what I mean). Wszystkie miejscowości są ze sobą połączone tak, że możliwe jest przejechanie z jednego końca Skicircus na drugi w zasadzie bez zdejmowania nart - ewentualnie po to, by wejść do gondoli.

Warto pobawić się i spróbować wyrysować jak najdłuższą trasę (źródło: saalbach.com)
My tutaj chętnie korzystamy z tego i wybieramy, to co lubimy najbardziej z poszczególnych miejscowości. Przyjęliśmy sobie taki subiektywny schemat działania w ciągu dnia:

1. Budzimy się w Hinterglemm - nietrudno znaleźć tu hotel przy samym wyciągu. W Hinterglemm znajduje się też oświetlony snowpark Nightpark, który codziennie działa do 22. Dlatego też my lubiliśmy własnie tutaj kończyć dzień. Więc tak dobieramy nocleg.

Wybaczcie jakość, to zdjęcie zrobione telefonem 2 lata temu 😅
2. Po śniadaniu na rozgrzewkę - przejazd z Hinterglemm do Leogangu. Taka wyprawa odbywa się po  przyjemnych stokach, które dobrze rozgrzewają. Tutejsze zbocza są raczej strome, więc nie ma nudy. Przejazd na spokojnie zajmuje ok godziny, więc jest idealną rozgrzewką przed wizytą na Nitro Snowpark w Leogangu. 

Rozgrzany!
3. To, co w Leogangu lubimy najbardziej, to właśnie ten snowpark - ma kilka linii dla osób jeżdżących na naszym poziomie - m.in. linia bardzo łatwych boksów i przyjemne małe hopki 😎. Jest też poducha powietrzna do skoków. My jednak odpuszczamy tę atrakcję, bo dla początkujących może być źródłem niebezpiecznych kontuzji. Jedno, co może sprawiać tu problemy początkującym, to fakt, że zbocze jest stosunkowo strome, więc trzeba bardzo pilnować prędkości i bezpieczeństwa pomiędzy przeszkodami. 

Naszym zdaniem także widoki w Leogangu należą do najlepszych w tej okolicy. 

Nowy teleobiektyw + widok z Asitz = 💓
Jest tu też coś dla łakomczuchów - choć my nie jesteśmy "foodiesami", to i tak rozbroiło nas menu w restauracji Mama Thresl na szczycie Asitz. Zupełnie serio -  jeśli, jakieś jedzenie powoduje, że czuję potrzebę o nim pisać, to znaczy, że było naprawdę dobre.

No tak - jeśli chcemy recenzować jedzenie powinniśmy pamiętać o zdjęciach zanim zaczniemy. Prawdę mówiąc po prostu nie mogliśmy się powstrzymać, bo to była najlepsza sałatka EVER
4.  Po jeździe w Nitro Snowpark ruszamy w drogę powrotną. Jesteśmy pewnie mocno zmęczeni, więc doceniamy łagodniejsze stoki w Saalbach - pomiędzy Leogangiem a Hinterglemm. Jeśli nie zjedliście w Mama Thresl, możecie złapać lunch w Saalbach. My wciągnęliśmy tu wege burgera - Asutria, to dość mięsolubny kraj, więc dobra opcja wegetariańska dostaje od nas złotą gwiazdkę. W Saalbach jest też naszym zdaniem nieco taniej niż w pozostałych miescowościach Skicircus. Za wegeburgera płaciliśmy 8 euro, podczas gdy w pozostałych miejscowościach główne dania kosztowały zwykle około 13 -15 eur.

5. Po odpoczynku na łagodniejszych zboczach Saalbach wskakujemy do gondoli Schattberg X-press. Jedna przesiadka i zjeżdżamy prosto do Nightparku. Jeśli nie mamy już sił na jazdę, możemy też wpaść na apresski do Der Shwarzer. W tym roku mieliśmy tu szczególne szczęście, bo w czasie naszego pobytu odbywały się White Pearl Mountain Days, apresski weszło więc na poziom wyżej - świetni dj'e grali ze wsparciem wokalistów i muzyków na żywo, a nawet z udziałem lokalnej orkiestry dętej.

Foto: www.saalbach.com
To taki nasz sposób na freestyle'owe spędzenie tu dnia, ale... jest tu też sporo miejsca na świetny freeride. Dwa lata temu mieliśmy ogromne szczęście i puch po pas.

W tym roku niestety zabrakło świeżego opadu śniegu. Ale my szykujemy się już na kolejne sezony. Odkąd do Skicurcus dołączył region Fieberbrun freeride jest jeszcze bardziej promowaną aktywnością. Mamy nadzieję, że w przyszłych sezonach przejedziemy się do tej części Skicircus... szczególnie, że w tym roku staliśmy się znacznie bardziej świadomymi freerider'ami.



W tej chwili został jeszcze tydzień jazdy po śniegu w Skicircuss. Po zakończeniu sezonu zimowego - miesiąc przerwy. Już 10 maja ruszają trasy rowerowe, ale to już zupełnie inna zabawa, chociaż nie zawsze 😅

Poza stokami, jedzonkiem i apresski skicircus ma do zaoferowania sporo innych atrakcji. My przetestowaliśmy Flying Fox XXL, który możecie zobaczyć na najnowszym filmie:



Nietypowo, bo w nocy, przeszliśmy się też pomostem w koronach drzew - Baumzipfelweg. Z resztą chyba z niezłym rezultatem 😁


Niestety nie znaleźliśmy już siły na jazdę konną. Stadninę znajdziecie w hotelu Oberschwarzach, w Hinterglemm tuż pod Nightparkiem. Zostawiamy to na kolejna wizytę.

Dajcie znać w komentarzach, czy interesują Was takie opisy miejsc, które odwiedzamy. Może macie jeszcze bardziej szczegółowe pytania? Chętnie odpowiem, jeśli tylko znam odpowiedź.

środa, 28 marca 2018

PODRÓŻNICY NIE CHCĄ, ŻEBYŚCIE TO WIEDZIELI

Cześć,

Tym razem trochę rozkminkowo, ale w zasadzie może też informacyjnie...hmmm
Konkretnie - mam pewien problem z blogami/vlogami o podróżach. Moim zdaniem wiele z nich najzwyczajniej manipuluje prawdą. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta - efekt WOW, szok, niedowierzanie, egzotyka. Odnoszę wrażenie, że osoby, które pokazują swoim widzom i czytelnikom świat, niekoniecznie chcą pokazać, jak odwiedzane miejsca wyglądają naprawdę. Zamiast tego szukają największej możliwej skrajności, najbardziej szokującej różnicy względem swojego kraju i właśnie tę skrajność nazywają "Prawdziwe życie w..."

Przyznam, że i ja i Andrzej wyrobiliśmy sobie o Południowo-Wschodniej Azji zdanie właśnie w oparciu o dostępne materiały stamtąd. Wiele osób, które podróżowały w ten region, prezentuje go, jako "trzeci świat". Nawet mainstreamowi podróżnicy, jak np. pan Cejrowski (tak ten pan poza radykalnymi poglądami politycznymi czasem podróżuje i ma na ten temat program w TV) pokazują np. skanseny - centra kulturowe i twierdzą, że każdy w takiej np Amazonii mieli mąkę między kamieniami. Podobnie działają programy w stylu "Azja Expres", gdzie uczestników na siłę wpycha się w sytuacje, które także tam na miejscu są skrajne. W świetle takich relacji przygotowaliśmy się na ekstremalne wyzwanie i niesamowite trudy podróżowania. Zapasowe ładowarki do aparatów, wszystko zapakowane wodoszczelnie, plecaki zamiast walizek w oczekiwaniu przedzierania się przez dżunglę.

Cóż, może ten prom nie budził największego zaufania, ale nie była to też drewniana tratwa 
Skąd taka wizja? A to stąd, że pod hasłem "prawdziwe życie" w Wietnamie, Kambodży, czy Indonezji, pokazuje się najbiedniejsze, najbardziej szokujące miejsca. Te drewniane chatki, rozklekotane łódki, najlepiej lekko rozpadające się mają reprezentować cały kraj. Cóż, oczywiście, są takie miejsca. W odwiedzanych przez nas krajach część osób tak właśnie mieszkała. Ale! Tak samo prawdziwi Khmerowie, Wietnamczycy, Tajowie czy Indonezyjczycy mieszkali w solidnych domach, pracowali w dużych firmach, sami prowadzili świetnie prosperujące biznesy, pijali piwa kraftowe, oddawali się pasjom takim, jak mtb, czy surfing. 

Pomyślmy, czy w pod hasłem "prawdziwe życie w Polsce" powinna znaleźć się najbiedniejsza chatka w najgłębiej ukrytej w mazurskim lesie puszczy? Jakkolwiek malownicza może się wydawać, to jednak niekoniecznie jest to adekwatny obraz całego kraju.

Kraftowy browar w Ho Chi Minh, nie różnił się wiele od tych w Warszawie. W różnych dystryktach nie brakowało stylowych knajpek, a w nich lokalnych klientów
Gdy mówi się o krajach, tak bardzo odległych od Polski często mówi się tyle, że zobaczymy tam luksusowe hotele i biednych ludzi za ich murami. W naszej ocenie jest to niesamowicie krzywdzący obraz. Powoduje, że ta bieda staje się dla wielu odwiedzających albo 1) przykrym dodatkiem do wakacji - takim, o którym mogą mówić później, wybielając swoje sumienie po all inclusive w luksusowym hotelu, albo 2) dodatkową "atrakcją" turystyczną, elementem egzotyki tego kraju. Zapomina się przy tym, że żyjemy w bardzo jednak zglobalizowanym świecie. Większość tych egzotycznych krajów pod wieloma względami nie odstaje od Europy tak bardzo. Najbiedniejsi gromadzą się w turystycznych centrach, ponieważ tam najłatwiej o zarobek. Nie inaczej jest też w USA, gdzie kultowa Aleja Gwiazd w LA zamieszkana jest przez setki bezdomnych.

Skrin z naszego filmu - Nigdzie jeszcze nie widziałam takiego nagromadzenia bezdomnych, jak na Alei Gwiazd w LA
Wpadając na chwilę, łatwo więc dać się zwieść takiemu ograniczonemu obrazowi społeczeństwa. Dodatkowo, kraje z bardzo ciepłym klimatem charakteryzują się zupełnie innymi priorytetami jeśli chodzi o widoczne aspekty statusu społecznego. odwiedzając np. Wietnam, czy Kambodżę, można mieć wrażenie, że cywilizacja jest tam na niższym poziomie z uwagi na rodzaj budownictwa. Nie chcę tu zaprzeczać, że dostępność bieżącej wody, czy kanalizacji itp jest jeszcze gorsza niż w najbardziej rozwiniętych regionach świata. Myślę jednak, że oceniając na podstawie np. materiałów, z których w gorących krajach buduje się domy, może wprowadzać poważnie w błąd.

My zwróciliśmy uwagę na to, co dla nas stanowi codzienność. Zwyczajnie łatwość organizacji życia, dostępność potrzebnych nam usług i produktów. W żadnym z odwiedzanych przez nas krajów nie było problemem uzupełnienie naszego sprzętu, gdy byliśmy w problemie - potrzebowaliśmy kupić m.in. statyw do aparatu, karty pamięci, obiektyw Olympusa, zasilacz do komputera (bardzo specyficzny), dysk zewnętrzny o pojemności 2 TB. Nie  było z tym najmniejszego problemu. A na pewno nie większy niż miał by w Polsce ktokolwiek mieszkający w dużych miastach. Opieka medyczna, z której mieliśmy okazję korzystać była na bardzo wysokim poziomie (tak wiemy zagraniczne ubezpieczenie, ale w tych luksusowych szpitalach spotykaliśmy w większości lokalnych mieszkańców).



Ludzie, których spotykaliśmy w poszczególnych krajach, byli tak samo zróżnicowani, jak w każdym innym kraju na świecie. Spotykaliśmy zarówno biednych właścicieli wózków z jedzeniem, jak i bogatych właścicieli hoteli, ale co najważniejsze pomiędzy tymi skrajnościami zwykłych "przeciętniaków". Przedstawicieli klasy średniej. Ludzi pracujących w centrach handlowych, ludzi pracujących w studiu TV, Akiego - właściciela własnej firmy organizującej wyprawy motocross. 

Aki, oryginalny mieszkaniec okolic Siem Reap - zaczynał od pracy, jako kierowca Tuk Tuka, w tej chwili samodzielnie prowadzi swoją firmę organizującą toru na motocyklach
Sama podróż nie przysparzała najmniejszych trudności, na pewno nie większe niż w jakimkolwiek kraju europejskim. Internet w każdym z odwiedzonych krajów jest świetnie zadomowiony i działa jako rynek zakupu wszelkich biletów. Same środki transportu - głównie autokary nie odstawały jakością od tych tutaj. 

Po co to piszę?

Cóż - jest takie powiedzonko "podróż zaczyna się od bloga/vloga". Rzeczywiście tak się ostatnio wydaje. Nie mam z tym problemu dopóty dopóki nie ma w tym wszystkim ściemy. Po co pisze się bloga/kręci vloga? Po to, żeby ktoś to oglądał. W przypadku materiałów podróżniczych bardzo duże znaczenie dla odbiorcy ma informacyjny charakter tych treści. Sprzeciwiam się więc zwykłemu ściemnianiu i udawaniu, że podróż po takiej np. Azji jest doświadczeniem niesamowicie ekstremalnym. Oczywiście możesz udać się na dziki treking przez cały półwysep, jechać przez dżunglę rowerem itp - wtedy z pewnością będzie ekstremalnie. Sama jednak podróż po krajach takich, jak Wietnam, Kambodża, Tajlandia czy Indonezja nie jest niczym ekstremalnym. Udawanie, że są to kraje pokryte dżunglą i błotem, po których biegają półnagie głodne dzieci, tylko po to, żeby czyjś blog wydawał się ciekawszy jest w mojej ocenie nieuczciwe wobec odbiorców oraz nie w porządku wobec napotkanych na miejscu ludzi. Podkreślając pozorną przepaść pomiędzy światem zachodu i tym na południowym wschodzie Azji taki podróżnik przyczynia się do czegoś, co nazywam "turystyką biedy". Kolejni odwiedzający będą szukać tych najbiedniejszych, najbardziej zniszczonych chatek, najbardziej głodnych dzieci, bo przecież to jest ten "trzeci świat". A przecież ludzie, niezależnie od ich statusu finansowego, nie są atrakcją turystyczną. Nie są tam po to, żeby turysta mógł pochwalić się koleżance w pracy, że dał bułkę biednemu dziecku. Do tego pomija się niesamowite spektrum faktycznych barw życia ludzi w tych krajach. 

U nas na filmie, możecie zobaczyć przejazd przez wioski wokół Siem Reap i trochę takiego "prawdziwego życia", tak, jakby w centrum Siem Reap było nie prawdziwe.


Jak w takim razie wygląda "prawdziwe życie" w tych krajach? Odpowiedź jest jedna... różnie. My staraliśmy się przyglądać życiu osób podobnych do nas pod kątem zainteresowań, wykształcenia, pochodzenia. W każdym z tych krajów, podobnie, jak gdziekolwiek na świecie napotkacie ludzi bardzo bogatych, ludzi bardzo biednych, ale też tych z tzw. "klasy średniej" - wykształconych profesjonalistów, małych przedsiębiorców. 

W skrócie można użyć bardzo popularnego tam sloganu (serio w każdym z krajów, które odwiedziliśmy ludzie nosili koszulki z tym napisem) "same same, but differen... [całość cytatu dopełnia] but still same". Warto patrzeć na różnice, które kreują bogactwo i barwność naszego świata. Nie szukajmy jednak tych różnic na siłę, po to tylko, żeby wydawać się bardziej ekstremalnymi.

Mam nadzieję, że tym wpisem raczej zachęcę Was niż zniechęcę do podróży i odwiedzania tych krajów. Wierzę też, że w nowych miejscach będziecie otwarci na wszystkich i na to jak życie tam przypomina, a czym różni się od Waszego życia w kraju. Oczywiście nie ma nic złego w poszukiwaniu autentycznych etnicznie miejsc, małych ukrytych wiosek. Chodzi mi tylko o to, by nie pokazywać tych miejsc, jakby były standardem dla danego kraju.

A co Ty myślisz o pokazywaniu tylko takiego ekstremalnego oblicza odwiedzanego kraju? Czy tylko udawana walka o życie w błocie i rozklekotanych chatkach jest interesująca? Chętnie poczytam Wasze komentarze na ten temat. Przyznam, że we mnie te przemyślenia budzą sporo emocji. Może po prostu prawdziwie prawdziwe relacje nie docierają do szerszej publiczności, bo nie są tak popularne wśród odbiorców?

Do zobaczenia w kolejnym wpisie.

piątek, 23 marca 2018

Ile kosztuje miesiąc na Bali?

Cześć,

Jeśli lubisz surfing, mtb, piękne krajobrazy i ogólnie wychillowany styl życia, moim zdaniem pokochasz Bali. Jeśli lubisz podróżować nie wydając na to wielkich sum pieniędzy, tym bardziej spodoba Ci się to miejsce. Chcesz wiedzieć, jakie pieniądze przygotować na podróż na Bali, czytaj dalej, postaram się doradzić, jak najlepiej potrafię.



Podczas 3,5 miesiąca w Azji, na Bali przeznaczyliśmy aż miesiąc. Z góry zakładaliśmy, że to miejsce spodoba nam się najbardziej. Już w pierwszym tygodniu wiedzieliśmy, że miesiąc będzie za krótki, ale tylko tyle mogliśmy tam spędzić - o wizie za chwilę.

Analogicznie do poprzednich postów o Wietnamie i Kambodży zamiast podawać, ile nas kosztował pobyt tu, rozpiszę średnie ceny. W ten sposób pozwolę Tobie na oszacowanie wg Twoich potrzeb, jakie koszty mogą Cię tu czekać. Przyznam też, że część naszego pobytu tutaj odbywała się "służbowo" więc uniknęliśmy części kosztów.

1. Wiza

Przyznam, że w poprzednich postach zapomniałam o tym aspekcie. Niniejszym kajam się. W odniesieniu do Indonezji warto ten temat rozpisać. Polacy mają możliwość odwiedzenia Indonezji, w tym Bali, bez konieczności płacenia za wizę, ale... ALE tylko na 30 dni. Nie ma możliwości przedłużenia takiego pobytu. Jeśli chcesz zostać dłużej (osobiście polecam) masz 2 opcje - od razu na lotnisku po przylocie dostać wizę - 35 USD, starcza na 2 miesiące pobytu. Jeśli wejdziesz do Indonezji bez tej wizy, jedyną opcją jest po 30 dniach wyjechać z kraju i wrócić. Popularne są loty do Singapuru. Tańsza jest raczej opcja z kupieniem wizy. Przypomnę jeszcze - jeśli nie planujesz zostać ponad 30 dni, nie musisz kupować wizy.


2. Noclegi

Na Bali my mieszkaliśmy w jednej okolicy. Nie mogę się wypowiadać o cenach na całej wyspie. Mieszkaliśmy w 4 różnych miejscach w Canggu.

Wnętrze apartamentu Gerry Lopez w The Chillhouse
Pierwszą noc spędziliśmy w stylu glamping. Nocowaliśmy w Salty Shakas Bamboo Stay Canggu. Nocowaliśmy tam krótko - jedną a w zasadzie pół nocy. Pokoje, to bambusowe domki/namioty. Każdy z nich wyposażony w klimatyzację, moskitierę i sejfik. Cena za noc, z mini śniadaniem 50 zł za dwuosobowy namiot.

Pierwszy tydzień spędziliśmy w The Chillhouse. To miejsce w surferskim klimacie, ale z założeniem wysokiego standardu. Pobyt dla 2 osób to koszt od ok 115 euro do 130 euro. Cena obejmuje śniadania oraz yogę. W przypadku dłuższych pobytów w pakiecie może być też lekcja surfingu, masaż lub kolacje. Ceny nie są niskie, ale standard jest wysoki.



Następnie mieszkaliśmy w CoworkSurf. To hostel nastawiony konkretnie na osoby, które pracują w podróży. Hostel położony jest dalej od centrum miasteczka w bardzo fajnej willi z basenem. Co istotne - CoworkSurf ma mocniejsze niż zwykle na Bali łącze internetowe. Noclegi w tym miejscu rezerwowane są na dłuższe okresy - minimum to 1 tydzień. Cena za osobę za dobę zaczyna się od 39 USD za osobę. Ponownie, cena nie jest niska, ale dobry jest też standard.



Ostatnie 13 dni spędziliśmy w spokojnym hotelu Lubdhaka. Hotel miał kilka wad (coś kapało nam z sufitu w łazience :D ) ale zupełnie serio nie był to dla nas problem, bo pokój był ogromny, miał dużą szafę, 2 biurka, był świetnie sprzątany każdego dnia, a w cenie było solidne śniadanie. Cena 68 zł za dobę (za 2 osoby). W takiej cenie 60-80 zł spokojnie da się znaleźć fajny nocleg.

3. Jedzenie



Wiemy, że tu jest spory rozstrzał na terenie Bali. Konkretniej rozstrzał pomiędzy cenami w Kuta (NIGDY NIE WYBIERAJ NOCLEGU W KUTA), a cenami w innych miejscach. Na Bali możecie zjeść:

1. w lokalnej knajpce - tzw. Warung, wybierasz tam rodzaj ryżu i dodatki z witrynki - pełen talerz za 5-8 zł
2. w lokalnej knajpce z menu - nasze ulubione wegetariańskie burgery to koszt 7 zł, smażony ryż - 5 zł
3. w jednej ze stylowych "hipsterskich" restauracji. Crate Cafe -  wszystko kosztuje ok 13 zł i jest pyszne. Burgerz - combo kosztuje 26 zł, sam wegetariański burger to koszt 15 zł (jest ogromny i można się nim spokojnie najeść). Bali Bowls - sieciówka - jest trochę droższa, ceny od 15 zł w górę.
4. w bardziej prestiżowej restauracji - pyszna pizza za 20-25 zł (najedliśmy się nią we 2 osoby)
5. w 5* hotelu - kolacja: danie główne plus deser dla 2 osób - ok 100 zł

Wybór jest duży, a ceny niskie. Nie dajcie sobie wmówić, że jest inaczej.


4. Transport

Na Bali na pewno najlepszą opcją jest jazda skuterem. Wynajęcie skutera, to koszt ok 12-15 zł dziennie. Paliwo kosztuje 2,5 zł za litr. Oczywiście polecamy tylko osobom, które czują się pewnie w szalonym ruchu ulicznym.

Po Bali jeżdżą też taksówki - niestety średnia trasa kosztuje ok 15-20 zł. Dojazd z Canguu na lotnisko w Denpasar to ok 50 zł. Warto wiedzieć, ale są właściwe ceny. Możecie sprawdzić tu https://www.baliairport.com/transportation/ .  Z góry ostrzegam, marne są szanse znalezienia taksówki za te ceny. Ale nie dajcie się wieźć z Denpasar do Canggu za 25 USD!!!

Po Bali jeżdżą też kierowcy w aplikacji Grab. Mamy z nią różne doświadczenia. Kilka razy udało się jechać bardzo tanio z sympatycznym kierowcą. Ceny są nawet 5x niższe niż w taksówkach. Niestety, gdy np. śpieszysz się na samolot może okazać się, że 5 kolejnych kierowców anuluje przejazd, albo będzie jeździć w kółko, aż Ty anulujesz.

5. Dodatkowe atrakcje

Tutaj Bali naszym zdaniem rządzi! Najważniejsza dla nas atrakcja - surfing - to koszt: 
- 100 zł od osoby za lekcję w grupie maksymalnie dwuosobowej, lekcja trwa zwykle  2-3 godzin
- gdy już nie potrzebujesz lekcji, potrzebujesz tylko deski - ok 13 zł za jednorazowe wypożyczenie - zwykle wychodzi to na ok 2 godzin pływania.



Bali dysponuje też super trasami rowerowymi. Jeśli macie swój rower i np. wypożyczone auto, możecie sobie po prostu tam jeździć. Jest też kilku organizatorów tourów rowerowych. Jeden z nich to Bali Bikepark. Ceny przedstawiają się następująco:

Udział w tourze mtb (kilka opcji tras do wyboru) - 66 usd za osobę
Prywatny tour (do 4 osób) - 228 usd
Wynajęcie roweru (Polygon Bikes) i ochraniaczy - 34 usd + 16 usd za ubezpieczenie


Nas zachwycił też skatepark z pumptrackiem i bowlem Amplitude. Co fajne, w poniedziałki można tam jeździć zupełnie za darmo (płaci się 15 zł za wypożyczenie roweru lub deskorolki), we wtorki po południu za darmo jeżdżą dziewczyny. Standardowa cena to 13 zł za wejście, bez ograniczenia czasowego.


Jeśli lubicie instagramowe widoczki, pewnie chętnie wpadniecie na huśtawki nad dżunglą. Możecie wybrać opcję najpopularniejszych Bali Swing - cena to 35 usd za osobę (lunch i napoje w pakiecie, ale też tłumek w gratisie), lub tuż obok Bahama Bali Swing -  oficjalnie 33 usd z posiłkiem, ale nam udało się na miejscu wejść za ok 80 zł od osoby, a przy tym jest tam znacznie mniej osób.


Wejścia do świątyń i małpich gajów to od 2,5 do 13 zł za osobę. My odwiedziliśmy:
- teren świątyni w Uluwatu - piękny spacer szczytem klifu, 
- małpi las w Sangeh - nieco mniejszy od lasu w Ubud, ale też mniej popularny, a przy tym małpki są tam przyzwyczajone do ludzi i nie kradną zawartości torebek, a raczej wskakują na ramiona (oczywiście po jedzenie),
- wodospad Tukad Cepung - bardzo polecamy
- pola ryżowe Tegallalang - hmm, piękny widok, z bardzo nieciekawą skrajnie turystyczną oprawą.


Przyznam, że my absolutnie zakochaliśmy się w Bali, dlatego ciężko mi być obiektywną, kiedy mówię, że na pewno WARTO tam pojechać. Warto także w sensie relacji jakości do ceny.

Jak w poprzednich wpisach spróbuję stworzyć tu szacunkowe podsumowanie przykłądowych wybranych kosztów:

1. Samolot do Phnom Penh od ok 2600 za osobę x 2 soby = 5200 zł
2. Nocleg bez przesady w żadną stronę: średnio 80 zł za dobę x 30 dni = 2400 zł
3. Skuter na cały czas pobytu (powiedzmy na 28 dni) + benzyna z zapasem: 500 zł
4. Jedzenie: średnio 8 zł za posiłek x 2 osoby x 2 posiłki dziennie x 30 dni = 960 zł
5. Dodatkowe atrakcje: 1 dzień na tourze rowerowym wraz z wypożyczeniem roweru dla 2 osób - 796 zł, wizyta pod wodospadem dla 2 osób - 5,4 zł, wizyta w Uluwatu dla 2 osób - 26 zł, wizyta na Bahama Bali Swing dla 2 osób - ok 160 zł, po 3 lekcje surfingu dla 2 osób - 600 zł, pożyczenie deski na 15 sesji dla 2 osób - 390 zł

ŁĄCZNIE:  11 038 zł (i to z masą atrakcji)

Bali to miejsce, które nas oczarowało dostępnością sportowych atrakcji. My na pewno tam wrócimy. Wam też to polecamy. 

Google+ Badge

Szukaj na tym blogu

logo