poniedziałek, 11 marca 2019

5 SPOSOBÓW NA ZYCIE W DŁUGIEJ PODRÓŻY - prawie sprawdzone

5 sposobów na życie w długiej podróży - prawie sprawdzone...

Zacznijmy od pewnego wyjaśnienia. Kiedy zaglądacie na Instagramy i Faceboooki profili "podróżniczych" może Wam się wydawać, że te osoby są bez przerwy na jakimś wyjeździe. Po pierwsze, w wielu przypadkach to nie jest prawda. Profile na Instagramie i Facebooku (nie te prywatne) nie służą do zdawania ciągłej bieżącej relacji z tego "co tam u nas". Celem prowadzenia takiego profilu jest zwykle pokazanie piękna świata, zachwytu towarzyszącego wizytom w pięknych miejscach na ziemi i inspirowanie odbiorców. Zupełnie serio nam zdarza się wrzucać do sieci zdjęcia sprzed roku, albo i starsze. Nikt nie udaje, że to zdjęcie "z dzisiaj", ale tak jakoś wychodzi, że nawet nasi znajomi nie zauważają, że to nie jest aktualny stan rzeczy. To wcale nie oznacza, że nie ma osób żyjących w ciągłej podróży, albo takich, którzy po prostu podróżują bardzo często. Ten wpis jest o tym, jak można zorganizować swoje życie tak, aby móc spędzać jak najwięcej czasu w podróży.


Każdy z tych sposobów wiąże się z innymi korzyściami, ale też z pewnymi ograniczeniami i wyrzeczeniami. Wybierz sposób dla siebie:

1. Oszczędności/spadek/loteria

Gdy myślę o wyruszeniu w długą podroż, taka na kilka miesięcy/lat, pierwszy sposób finansowania, jaki przychodzi mi na myśl to zgromadzenie dużej sumy pieniędzy. Dostajesz niespodziewany spadek? Wygrywasz na loterii? Fajnie.

Zwykle przed wyruszeniem podróżnicy po prostu jednak oszczędzają długie miesiące, następnie wyprzedają swój dobytek. Tak zgromadzone fundusze dozują przez kolejne miesiące podróży. My po części tak działaliśmy w czasie wyjazdu do Azji. Co prawda nie oszczędzaliśmy "aktywnie".
Po prostu przez kilka lat pracy udało nam się zgromadzić pewne kwoty, które, w sumie nie do końca zamierzenie, przejedliśmy przez ten wyjazd. Do tego doszły prezenty ślubne i finansowanie z bieżących zleceń - ale o tym później.
Kiedy chcecie wyruszyć na dłużej, bez biletu powrotnego, prawdopodobnie trzeba będzie przyłożyć się do tego oszczędzania nieco bardziej.


Podróżnicy, których obserwuję wprost mówią, że podjęcie decyzji o wyjeździe oznaczało dla nich wiele wyrzeczeń:
- odstawienie jedzenia na mieście
- odstawienie wyjść do kina
- rezygnacje z imprez
- odpuszczenie kupowania nowych ciuchów innych niż te potrzebne w podroży

Myślę, że generalnie w takiej sytuacji dokonuje się weryfikacji, co tak naprawdę jest Ci potrzebne. Moim zdaniem przyjęcie tej strategi wymaga niesamowitej dyscypliny i determinacji. Takie osoby ewidentnie musza charakteryzować się wytrzymałością na odroczenie gratyfikacji. Cóż, podobno jest to cecha dobrze rokująca pod kątem ogólnego sukcesu w życiu.
Wyobraź sobie takie minimalistyczne przeżycie całego roku (może więcej). Cóż dla mnie było to nie do pomyślenia. Na co dzień staram się nie wywalać pieniędzy nie pierdoły. Jednak trudno było by mi np. przez rok odstawić moje ukochane sporty... kosztowne sporty, czy krótsze wyjazdy. Gratuluje jednak osobom, które zdobyły się na taka dyscyplinę.

Co jest w mojej ocenie zasadniczym plusem takiego sfinansowania wyjazdu? Sadze, że będzie to posiadanie pewnego rodzaju pewności. Skoro kwota na podróż czeka spokojnie na koncie, to nie trzeba myśleć, o tym jak sfinansujemy kolejny etapy wyjazdu. To też gwarancja niezależności. Taka podroż nie jest uwarunkowana tym , czy w kolejnym miesiącu znajdzie się zlecenie, czy znajdzie się praca w kolejnym miejscu, czy blog będzie nadal miał dobre zasięgi. Taką wolność doceniam szczególnie w świetle własnych doświadczeń.


Co w takim razie jest w tym problemem? Pisałam już wyżej, o życiu przez długie miesiące jedynie perspektywą czekającej podróży. Wiem, że planowanie na przyszłość jest istotne. Optymistycznie powinnam zakładać, że przeżyję kolejne długie lata, że kieruję swoim życiem i podjętej decyzji oraz planu działania powinnam się po prostu trzymać. Dla mnie osobiście jednak trudne było by "stracenie" roku życia na intensywną pracę, bez korzystania z tego czasu na co dzień. Myślę, że ja szukała bym raczej jakiegoś złotego środka. Może pracy, która pozwoli oszczędzić odpowiednią kwotę szybciej. Może takiej, która pozwala z jednej strony na oszczędności, jednocześnie nie wymagając aż takich wyrzeczeń na co dzień.

Pewnym problemem jest też nieprzewidywalność w podróży. Z doświadczenia wiem, że nawet oszacowanie kosztów jedzenia i noclegów może być trudne z dużym wyprzedzeniem. To samo dotyczy kosztów transportu, nie mówiąc już o zupełnie nieprzewidzianych sytuacjach, kradzieżach, kontuzjach, kosztach leczenia, gdy ubezpieczenie okaże się nieskuteczne.

2. Praca zdalna.


W wielu zawodach, szczególnie kreatywnych, bądź tych związanych z tzw. nowymi technologiami, kontakt bezpośredni z klientem czy pracodawcą nie jest konieczny. Graficy, animatorzy, programiści, czy dziennikarze, często mogą pracować w 90-100% zdalnie. Oznacza to, że pozyskują zlecenia przez internet, wykonują je w dowolnym miejscu na ziemi, a następnie przekazują efekty swojej pracy za pośrednictwem sieci. Takich ludzi nazywa się cyfrowymi nomadami (eng. "digital nomads"). Rozwój technologii cyfrowej pozwala im na życie bez jednego domu. W zeszłym roku na Bali poznaliśmy Natalię, która wraz z chłopakiem prowadzi firmę programistyczną. Klientów pozyskują z rożnych krajów, a sami mieszkają tam, gdzie jest ciepło i są fale. Specjalnie dla takich osób powstają nawet hostele coworkingowe - z zapewnionym mocnym internetem i spokojnym miejscem do pracy.

Przyznam się Wam, że moim marzeniem jest znalezienie sposobu na właśnie takie życie. Jako prawnik - wykształcony w polskim prawie - nie mam może możliwości pracowania dla zagranicznych klientów, ale wydaje mi się, że wielką cześć mojej pracy mogła bym wykonywać zdalnie. Otwarcie takich możliwości dla szerszego grona osób wymaga jeszcze przyzwyczajenia się do takiego trybu pracy przez pracodawców i zleceniodawców. Efektywne działanie wymaga od obu stron dużego zaufania i wzajemnej lojalności. Gdy pracownik sam z siebie będzie wykonywał swoją pracę jak najlepiej, pracodawca może nauczyć się ufać na tyle, żeby zrezygnować z kontroli na miejscu.

Jakie zastrzeżenia słyszy się na temat takiego organizowania podróży? Przede wszystkim trudne dla wielu osób jest zaakceptowanie, że życie cyfrowego nomada to nie są wieczne wakacje. Gdy wyjazd traktujesz jako urlop, praca w domku na plaży może wydawać się niewykonalna. Na początku możesz mieć problem z motywacją. Jak zabrać się do sprawdzania umowy, gdy za oknem widzisz idealne fale, biały piasek i hamak? Co gorsza znajomi na pewno chętnie skorzystają z "mety" w jakimś fajnym miejscu. Oczywiście fajnie, gdy wpadają, ale często trudno jest im zrozumieć, że gdy oni przyjeżdżają na urlop, Ty "biedny" musisz pracować.


Życie cyfrowego nomada wymaga zmiany sposobu myślenia o takim wyjeździe. Wymaga też sporo dyscypliny. Warto wtedy zostawać w każdym miejscu ciut dłużej, np. kilka miesięcy. Wtedy łatwiej będzie odpuścić dzień idealnego surfingu. Bo przecież mogę wyjść na wodę jutro lub za tydzień.

Jakie są plusy? Wiele jest oczywistych: elastyczne godziny pracy, mieszkanie gdziekolwiek, uwolnienie się od przeprowadzek za pracą. Nie musisz mieszkać w Warszawie, narzekać na smog i korki, bo tam akurat jest praca.

Z mojego punktu widzenia, życie nomada cyfrowego ma też ten plus, że sama praca i źródło utrzymania oddzielone są od  podróży. Wybór miejsca i sposób spędzania tam czasu zależy tylko i wyłącznie od tego, jak lubisz spędzać czas i gdzie podoba Ci się życie. Za chwilę przeczytasz o kolejnych opcjach życia w podróży, które nie dają tego luksusu. Myślę, że taki podział jest ogromną wartością dla tzw. work-life balance. Po stresie pracy fajnie jest móc odstresować się w swój ulubiony sposób.

3. Czasem konkretnie podróżowanie może stać się właśnie źródłem utrzymania. 

Fot. Karol Horodyski @horodyskikarol_photos
Tak będzie w przypadku organizatorów podróży, fotografów, filmowców. Ten sposób finansowania życia w podróży konkretnie różni się od dwóch pierwszych. Dlaczego - bo praca staje się istotą podróży. Wyjeżdżasz po to, żeby tam na miejscu wykonać zadanie. Twoja decyzyjność co do wyboru miejsca podróży i aktywności na miejscu ogranicza się w zasadzie do przyjęcia bądź odrzucenia zlecenia. Myślę, że jest to jeden z tych stylów życia najmniej rozumiany przez osoby z otoczenia. Zwykle widzą ten czas jako po prostu wieczne wakacje i wyjazdy, w czasie których niejako "przy okazji" wykonujesz pracę. Szczególnie tak widziana jest praca polegająca na robieniu filmów czy zdjęć. Niestety tak z własnego doświadczenia, jak i z obserwacji innych wiem, że nie wygląda to AŻ tak kolorowo. Nie zrozumcie mnie źle, jest super, ale to JEST praca. Warto jest to rozumieć, zanim zdecydujecie się np. na bycie pilotem wycieczki. Jeśli będziesz mieć tę świadomość, to na pewno bardziej docenisz fakt, że jesteś w niesamowitym miejscu i do tego Ci za to płacą.


Plusy jak wyżej - jeździsz w piękne miejsca i jeszcze Ci za to płacą.

Minusy - z mojej perspektywy zdecydowanym minusem jest brak wpływu na to, jak spędzasz czas na takim wyjeździe. Myślę jednak, że te minusy jesteś w stanie jakoś ominąć wybierając odpowiednią ekipę lub zwyczajnie zlecenia, dopasowane do tego, jak faktycznie lubisz podróżować. A nawet jeśli na wyjeździe musisz się trochę pomęczyć w pracy, na pewno znajdziesz wolne chwile, w których możesz nacieszyć się fajnym miejscem. Fajnie można też skorzystać na fakcie, że klient/zleceniodawca płaci za Twoją podróż - zwyczajnie ustal daty lotów w taki sposób, żeby zostać na miejscu chwilę dłużej. W ten sposób ominie Cię jeden z największych wydatków podróżowania - koszty dojazdów. Jeśli nie interesuje Cię tak bardzo miejsce, w którym akurat masz zlecenie, może jest ono jednak blisko innego wymarzonego kierunku. Marzysz o Hobbitonie w Nowej Zelandii, a klient wywiózł Cię aż do Australii, hmm?

4. Bycie influencerem :) content creatorem, jak zwał tak zwał. 

Tu na pozór wydaje się być idealnie. Jeździsz w piękne miejsca, zasadniczo takie, które sam(a) wybierasz. Tworzysz stamtąd piękne, ciekawe materiały. Czasem ktoś zapłaci Ci za pokazanie w tych materiałach swojego hotelu/produktu/usługi i tak zarabiasz sobie na życie. Oczywiście czasem zdarza się, że w ramach współpracy ktoś nieco bardziej zaingeruje w to, jak chcesz spędzać czas. Co do zasady jest to jednak naprawdę fajny sposób życia pełnego wyjazdów.


Nie jest to jednak ideał. Trzeba pamiętać, że zarobki w takim przypadku są mocno uzależnione od popularności Twojego bloga, vloga, Instagrama. Kiedy ta popularność trwa - nie ma problemu. Nie oszukujmy się jednak, w którymś momencie może pojawić się presja na to by tę popularność utrzymać, powiększać.

Znów trzeba pogadać o plusach. Bez owijania w bawełnę powiem, że tak organizując sobie życie można odwiedzić naprawdę niesamowite miejsca i przeżyć przygody, które nie każdemu będą dostępne. Można spotkać niesamowite osoby i pomieszkać we wspaniałych hotelach. Wiele z ww. jeśli jest dostępne dla każdego, to za bardzo duże pieniądze. Fajnym przykładem jest np. skok spadochronowy ze skoczkiem z ekipy RedBulla, udział w RedBull Rampage, czy tydzień "all inclusive" w The Chillhouse na Bali. A moje i Andrzeja doświadczenia to i tak pikuś w stosunku do tego, jak działają najwięksi w tej branży.


Do pewnego stopnia plusem jest też motywacja, jaką jest tworzenie ciekawych treści. Zupełnie serio to ciekawy odcinek był dla nas motywacją np. do skoku spadochronowego. Oczywiście sami dla siebie szukamy sobie fajnych wyzwań i sposobów spędzania czasu, jednak czasem ze względu na widzów stajemy się bardziej kreatywni i co do zasady nie raz na tym skorzystaliśmy.


Jakieś minusy? Cóż znów podróż jest jednocześnie pracą. Utrzymanie równowagi pomiędzy pracą i relaksem może więc stać się trudne. Szczególnie, gdy w statystykach wiedzie się ciut gorzej. Niestabilność dochodów też nie jest dla każdego.

Myślę, że fajnym rozwiązaniem jest połączenie takiej działalności z czymś ciut bardziej stabilnym. Możesz wynajmowanie mieszkania po dziadkach? Dochodowe inwestycje? Lub po prostu inna praca zdalna?


5. No i doszliśmy do chyba najtrudniejszego sposobu. Zarabiaj dużo kasy i korzystaj z każdego wolnego dnia. 

Takie proste prawda? Znając co nieco zarobki w Polsce wiem, że wielu z Was może zareagować na tę radę co najmniej prychnięciem. Jak by nie było jest to jednak sposób. Mimo wszystko w Polsce jest wiele miejsc pracy, gdzie zarobki pozwalają na życie i podróżowanie. W każdym przypadku będzie to jednak sztuka wyborów. Jeśli marzysz o podróżach prawdopodobnie wypadało by odpuścić sobie nowy samochód, wybrać mieszkanie mniejsze o kilka metrów kwadratowych i kawę z domowego ekspresu zamiast codziennego starbaksika. Ale życie jest sztuką wyborów nawet przy pięciocyfrowej wypłacie.


Jeśli brakuje Ci czasu, a nie pieniędzy warto też pogadać z pracodawcą o tym, żeby nadgodziny odbierać w formie wolnych dni. Warto też świadomie wybierać terminy wyjazdów tak, żeby optymalizować wykorzystanie weekendów i wolnych dni.

Może to wszystko wydaje się nie tak niesamowite, jak poprzednie opcje. Może też wydawać się trudniejsze. W końcu trzeba wybrać odpowiednie studia, skończyć je z dobrym wynikiem, dostać "dobrą pracę", utrzymać ją i jeszcze dostać kilka awansów. Ale jeśli mam być szczera, to znam osobiście tylko jedną osobę, która jest na dobrej drodze do zaliczenia każdego kraju na świecie. I bynajmniej nie jest on YouTuberem, fotografem, ani cyfrowym nomadem. Takżde "stay in school kids".

Zastanawiam się, czy muszę pisać o wadach tej opcji? Oczywiście - etat, godziny do wysiedzenia w biurze, być może długie lata zanim na wypłacie pojawi się odpowiednia liczba.

Jakie są zalety? Cóż moim zdaniem - 100% kontrola nad podróżą i możliwość spędzenia jej tylko i wyłącznie na swoich zasadach tylko i wyłącznie jako urlopu.

6. Ok kłamałam - jest jeszcze szósty sposób

W trakcie podróży bardzo często możesz po prostu łapać różne prace na miejscu. Pracę możesz dostać w hostelu, restauracji, klubie itp. Dostępnych jest też sporo ofert dotyczących uczenia języków. Zwykle są to oferty na pewien, ale jednak nie bardzo długi okres czasu - przykładowo 1-2 miesiące. W przypadku hosteli zdarza się, że w zamian za pracę oferowany jest nocleg i wyżywienie. Niejednokrotnie jednak możecie znaleźć też ofertę przewidującą wynagrodzenie.


Taka forma podróżowania wiąże się ze sporą niepewnością co do możliwości znalezienia takiego zatrudnienia. Jeśli jednak Ci się uda - ogromnym plusem (poza rozdziałem pracy od samej przyjemności podróżowania) będzie fakt swojego miejsca i ekipy. Kiedy dołączasz do pracowników hostelu, czy baru, obok zatrudnienia zdobywasz grono przyjaciół, podobnie do Ciebie żyjących ludzi. Wiele osób łączy tę formę dorabiania sobie w podróży z pierwszy, sposobem, jaki opisałam. Zasilają w ten sposób oszczędności, które przejadali.

Przyznam, że ta forma jest mi najmniej znana, choć tuż przed poznaniem Andrzeja byłam bardzo bliska wyjazdu na pół roku do Portugalii właśnie do takiej pracy. Kto wie, może to jeszcze przede mną.

Co sądzisz o tych sposobach na życie bogate w podróże? Może masz inny pomysł? Podziel się nim w komentarzu. Jeśli masz jakieś pytania, też chętnie je przeczytam i odpowiem, jeśli tylko znam na nie odpowiedź.

środa, 27 lutego 2019

Zillertal na narty i snowboard - tu jest wszystko

Cześć,
właśnie wróciliśmy z naszego długo wyczekiwanego wyjazdu do Zillertal w Austrii. Andrzej od 3 miesięcy rehabilitował się po tym, jak zdiagnozowano u niego dyskopatię. Dlatego końcówka 2018 roku i początek 2019 spędziliśmy mniej aktywnie, niż to u nas zwykle bywa. Na ten wyjazd więc czekaliśmy, jak dzieci na Św. Mikołaja.


No i doczekaliśmy się. To nie była nasza pierwsza wizyta w tym regionie. Myślę więc, że mogę zrecenzować go dość wyczerpująco z punktu widzenia różnych oczekiwań narciarzy i deskarzy.

W takim razie od początku! Mała lekcja geografii. Na region Zillertal składa się kilka ośrodków, które łączy sieć skibusów i częściowo linia kolejowa.

Poszczególne regiony różnią się pod względem poziomu trudności i dostępnych atrakcji. Trzeba jednak wiedzieć, że nie wszystkie miejscowości łączą trasy i wyciągi. To ważne przy planowaniu dnia jazdy. 


Na miejscu możecie wybrać opcję karnetu na wybrany region danego dnia lub Superskipass na całą dolinę Zillertal za 256,5 euro za 6 dni. Dokładne ceny znajdziecie tutaj. Z moich poszukiwań wynika, że pojedyncze regiony oferują karnety na 0,5-1-1,5 dnia. Na dłuższe okresy dostępne są tylko Superskipassy.

Możemy już chyba przejść do konkretów. Co znajdą dla siebie w Zillertal narciarze/deskarze rekreacyjni, freeriderzy i fristajlowcy?

Najpopularniejszą formą korzystania z regionów narciarskich jest zwyczajnie jazda po trasach. W Zillertal tego nie brakuje. Austriacy wiedzą, jak dbać o poszukiwaczy sztruksu. Trasy co rano są świetnie przygotowane. Często poprawiane są też w ciągu dnia. Do widoku ratraka jadącego po trasie w biały dzień trzeba przywyknąć. Przyznam jednak, że polubiłam to kiedy postanowiłam zrobić pierwsze kroki na nartach. Dobrze przygotowane trasy pozwalają na bezpieczniejszą jazdę. 


Zillertal chwali się aż 530 km tras. To naprawdę obszar nie do ogarnięcia. W moim odczuciu większość tamtejszych tras to dość wymagające stoki (dlatego też tak bardzo doceniam ratrakowanie). Znajdziecie tu głównie czerwone trasy. W większości przypadków oznacza to dość długie strome odcinki przerywane wypłaszczeniami dla odpoczynku. Szczególnie wokół Penken czerwone trasy są moim zdaniem trudniejsze niż te w innych częściach alp. Początkujący powinni tam trzymać się tras niebieskich. Te są baaaaardzo szerokie i przyjemne. Idealne do nauki. Niestety jest ich tam stosunkowo niewiele. 


Nieco inaczej jest w Hochzillertal, popularnie określanym Kaltenbach. Tutaj trasy robią wrażenie znacznie łagodniejszych. Czerwone trasy nie przerażają długością stromych odcinków. Często są też ukształtowane tak, żeby początkujący mogli objechać stromizny. O regionie Zillertal Arena zdania są podzielone. Ja pamiętam to miejsce jako dość wymagające, ale wiem, że początkujący może tu spędzić czas bez strachu o niebezpieczne trasy. Nie polecam jednak zjazdu pod samą gondolę. Kończy się on po prostu czarnym bardzo stromym fragmentem, wymagającym nawet dobrych narciarzy i snowboardzistów. Hintertux, który przyciąga pięknymi widokami, jest też mniej odpowiedni na pierwsze kroki. Co prawda zwykle możecie ewakuować się na dół gondolą. Jeśli jednak zaczniecie już zjazd z samego szczytu, niektóre fragmenty mogą okazać się zbyt wymagające. Dla tych, którzy nie mają problemu ze zjazdami Hintertux na pewno zapewni najlepsze doznania pod kątem widoków. Ze szczytu zobaczycie panoramę Alp. To widoki, które zapierają dech w piersiach niezależnie od tego, jak często je oglądacie.


Ok, w tym roku doceniłam trasy ucząc się jazdy na nartach. Jednak zwykle spędzam czas poza trasami lub na snowparku.

Zacznijmy więc od czegoś dla fristajlowców. w każdym z podregionów Zillertal znajdziecie, coś do poskakania. Pozwolę sobie jednak ograniczyć tę recenzję do Snowparku Penken Park. To po prostu jeden z najlepszych snowparków w Europie i dlatego tutaj najlepiej spędzicie czas niezależnie od poziomu umiejętności parkowych. Jeśli wolicie oglądać profesjonalistów, możecie zobaczyć tu niesamowite skoki na ogromnych hopach. Sami poskaczecie na średniej i małej linii, lub powskakujecie na jibby. 


Osobiście uważam, że Penken to jeden z najlepiej wyszejpowanych i najlepiej zadbanych parków. Najazdy i skocznie pozwalają na bezpieczną naukę skoków. Poszczególne przeszkody są też ustawione w taki sposób, że na jednym zjeździe można zaliczyć fajną linię wybraną zgodnie ze swoim poziomem umiejętności. Dla zupełnie początkujących tuż obok dużego parku znajdziecie Kids Area, z linią 3metrowych hopek i podwójną linią boxów i łatwych rurek. Penken Park dostępny jest z dedykowanego wyciągu krzesełkowego. Nawet przy sporej kolejce i bez pośpiechu zjazd i wjazd zajmuje ok 5 minut. Można więc zrobić sporo "lapsów" w ciągu jednego dnia.

Jeśli wolność znajdujecie nie w trickach, a raczej w puchu, to Zillertal też Was nie zawiedzie. Jeśli znacie nasz kanał, możecie wiedzieć, że właśnie w tym regionie uczestniczyliśmy rok temu w Majesty Freeride Camp. Chyba każdy z tutejszych ośrodków oferuje sporo możliwości zjazdów poza trasami. Niektóre dostępne są wprost z wyciągów. 


Do innych trzeba przejść kawałek. Wszystko zależy w zasadzie tylko od Waszych umiejętności i planów. To, co my zawsze doceniamy w Austrii to fakt, że freeride jest tu stosunkowo mniej popularny niż jazda po trasach. Dlatego też jeszcze długo po opadzie śniegu znajdziecie sporo terenów niezjeżdżonych przez innych. Niemniej jednak nie ma problemu ze znalezieniem tu przewodników i instruktorów jazdy poza trasami. Stacjonują tu też Polacy z narty-austria.pl. Nie dajcie jednak zwieść się pokusie puszku poza trasą bez odpowiedniego sprzętu i przygotowania z zakresu bezpieczeństwa lawinowego. Wspominałam już, że austriackie Alpy są strome. Dlatego zagrożenie lawinowe jest tu stosunkowo wysokie. Zawsze dostępne są szczegółowe raporty dotyczące warunków każdego dnia, a ratownicy udzielą Wam chętnie jeszcze bardziej dokładnych informacji.


Na koniec kilka informacji o wyborze noclegów. Ponieważ Zillertal obejmuje rozległą dolinę, macie do wyboru kilka miejscowości. Wybierając nocleg zwróćcie jednak uwagę na faktyczną odległość od tego wyciągu, z którego chcecie korzystać najczęściej. Jeśli przykładowo planujecie jeździć głównie na Hochzillertal i Zillertal Arena, nocowanie w Tux może być pewną uciążliwością. Mayrhofen jest największym z tutejszych miast. Zlokalizowane jest najbardziej centralnie i daje możliwość dotarcia do różnych ośrodków we względnie krótkim czasie. My nocowaliśmy tu w miejscowościach Tux, Uderns i Ramsau. Pod względem uroku miejsca, mi najbardziej do gustu przypadł Tux, leżący wyżej w górach, w "ciaśniejszej" części doliny. Noclegi tutaj pozwalają na łatwe dotarcie na Penken i inne stoki w okolicy. Z punktu widzenia łatwości dojazdów bardzo dobrze wypadło Ramsau. Położone pomiędzy Kaltenbachem i Penken, a ok 20-30 minut jazdy od Hintertuxa samochodem. Uderns wymaga już ciut dalszych dojazdów. Nadal jednak spokojnie możecie pod stok dojechać w kilkanaście minut samochodem, autobusem a nawet kolejką. W sezonie zimowym udało nam się tu nocować za kwoty ok 800 zł za osobę za tydzień. To cena dość przystępna, jak na Austrię. Nawet w najtańszych noclegach możecie tu też liczyć na dobry standard, czystość i wystarczające wyposażenie - to taki Austriacki standard. Oczywiście znajdziecie tu też pełne spektrum apartamentów i hoteli w wyższych cenach i standardzie. Warto jednak wiedzieć, że nie musicie rozbijać banku, żeby spędzić tu ferie.

To jak? Wybieracie się do Zillertal? My na pewno tam wrócimy, oby jak najszybciej.

Czy napisałam wszystko na temat tego regionu? Pewnie nie, dlatego, jeśli macie jakieś pytania piszcie je w komentarzach. Jak zwykle chętnie na nie odpowiem.


środa, 13 lutego 2019

WALENTYNKI last minute - na zajawce

Cześć,

Na początek przypomnienie - JUTRO SĄ WALENTYNKI. Do facetów - TAK Twoja dziewczyna najprawdopodobniej chce zrobić w ten dzień coś fajnego. Nie wiem jak to działa w jakiejkolwiek innej konfiguracji płciowo/uczuciowej więc się nie wypowiadam. Wiem jednak, że nawet, jeśli dziewczyna mówi, że nie chce obchodzić walentynek, to najpewniej ucieszy się z jakiegoś gestu w ten dzień. 

OK, ale to już jutro. Róże w kwiaciarniach wykupione! Restauracje porezerwowane! W kinie tylko "Planeta Singli 1500100900"... aaa panika!

CHILL! Jestem tutaj żeby Ci pomóc. Na Treneiro Vlog w zasadzie co tydzień pokazujemy trochę inspiracji dla spędzania czasu we dwoje, w fajny sposób i z możliwie silnymi emocjami. Pro Tip - jeśli Waszemu spotkaniu towarzyszą silne emocje, adrenalina, ale oczywiście w granicach przyjemności, wspomnienia z takiej randki będą trwalsze, a dodatkowo radość z nowych doświadczeń wpłynie też na uczucia do drugiej osoby.



Przejdźmy więc do rzeczy, let's jump right into it! Kilka randkowych propozycji w zajawkowym stylu.

Zaczynamy od dwóch opcji dla surferów 🌊

1. Jeśli mieszkasz w Warszawie lub okolicach możesz wybrać się do Wola Fun Park na specjalną falę do surf skate. Fala to coś pomiędzy bowlem a pump trackiem do jazdy na deskorolce. Najlepiej jeździ się tu na specjalnej desce z miękkimi trackami, która prowadzi się bardzo podobnie do deski surfingowej. Stąd nazwa surf skate. Fala znajduje się w środku centrum handlowego Wola Park. Nie musicie więc przejmować się pogodą. Na miejscu znajdziecie sprzęt i wsparcie instruktorów. Specjalnie na Walentynki przygotowano też specjalną promocję dla par. Więcej na ich profilu na Facebooku tutaj.

Zobacz jak poszło mi na pierwszej lekcji.


2. Jeśli jednak uważasz, że do surfingu woda jest po prostu konieczna, mam też coś dla Ciebie. To atrakcja dostępna dla osób ze Śląska lub z okolic Świnoujścia. Sztuczne fale do surfingu - tzw. flow boarding, znajdziecie w tej chwili w dwóch miastach w Polsce. My testowaliśmy tą w Tychach. Podobny obiekt znajduje się też w Świnoujściu. Tam niestety jeszcze nie byliśmy, ale na pewno się wybierzemy. Surfing pod dachem daje namiastkę tego sportu, super zabawę i fajny trening stabilności na desce. Oczywiście nie doświadczycie tu uczucia wiosłowania na falę, czekania na swell i walki o życie w przyboju. Niemniej jednak jest to fajna i bezpieczna zabawa, która na pewno dostarczy Wam dużo emocji. Sporty wodne są przy tym na tyle męczące, że bez skrupułów będziecie mogli dalej udać się na romantyczny cheat meal i przy świecach zaplanować wyjazd na prawdziwe fale.

A tak wyglądała nasza wizyta na fali w Tychach.


A może zamiast surfingu wolisz zimowe sporty?

3. Zwykłe wyjście na łyżwy na zatłoczone lodowisko jest dla lamusów 😎 (oczywiście żart) Pomyśl, jak romantycznie było by nauczyć się jakiejś wspólnej figury tanecznej na lodowisku! Jeśli w Twojej okolicy jest lodowisko, na pewno znajdziesz też instruktora, który potowarzyszy Wam podczas wspólnej lekcji jazdy. Ja mogę polecić szkółkę Walley. Jej instruktorzy są dostępni w Warszawie, Krakowie, Skawinie i Łodzi. W łatwy sposób, za pomocą aplikacji, możecie zarezerwować wspólną lekcję z instruktorem. Takie lekcje odbywają się w godzinach, gdy lodowisko jest dostępne tylko na treningi. Dlatego moim zdaniem jest znacznie przyjemniej i luźniej. W czasie takich zajęć możecie popatrzeć też na treningi profesjonalnych zawodników, a to bardzo inspirujące. 

Zobaczcie, jak ja trenuję ze szkółką oraz sama na publicznych lodowiskach.


No dobra, wracamy do wody. W końcu już wszyscy mamy dość zimy i fajnie chociaż pomarzyć o plaży i tropikach.

4. W takim razie może nurkowanie? W tej chwili w Polsce znajdziecie jedną tubę do nauki nurkowania. W Aquadromie w Rudzie Śląskiej możecie poznać podstawy nurkowania, lub potrenować poszczególne elementy, schodząc na głębokość 7 metrów. W czasie godzinnej sesji, czas mija Wam w lekko surrealistycznym tempie. Bycie pod wodą to nierealne uczucie i wspaniałe doświadczenie panowania nad emocjami. A tych zdecydowanie nie brakuje. Zobaczcie z resztą, jak my przeżywaliśmy nurkowanie z Diving Academy.


W Aquadromie znajdziecie specjalne pakiety dla par na szkolenie nurkowe. Po nurkowaniu możecie odsapnąć w bardzo fajnym aquaparku.

Na koniec coś, z czego zna nas chyba najwięcej widzów. Trampolinki.

5. Nie wiem czy wiecie, ale nasza pierwsza randka zahaczyła właśnie o park trampolin. Ja pierwszy raz byłam w takim miejscu. Andrzej wtedy pracował własnie w JumpCity, więc wykorzystał tę okazję, żeby zaimponować mi swoimi saltami. W tej chwili parki trampolin są już bardzo popularne i pewnie samo wyjście na trampoliny może nie być niczym nowym dla Twojej drugiej połówki. Dlatego warto pójść o krok dalej i na trampoliny wybrać się też z instruktorem. Taką randkową opcję oferuje wprost Hangar646 (3 parki w Warszawie). Razem z trenerem możecie nauczyć się fajnych elementów akrobatycznych i na przyszłość czerpać więcej przyjemności z wizyt na trampolinach. Jeśli nie mieszkacie w Warszawie, na pewno możecie zapytać o takie szkolenia w swoim lokalnym parku. 

A tak np. szkoli Michał z JumpCity


I co? Masz już pomysł na walentynkową randkę? A może wybierzesz inny pomysł z naszego kanału. Niezależnie od tego czy jutrzejszy dzień spędzasz sam/a, z ukochanym/ukochaną, czy z przyjaciółmi, życzymy Ci duuuużo miłości 💓

#OneLoveTrueLove

niedziela, 3 lutego 2019

Turystyczne ściemy - czy warto śledzić Influencerów?

Cześć,
dawno mnie tu nie było. Chyba po prostu nie miałam nic do powiedzenia. A teraz mam? Możliwe. W każdym razie chcę Wam o tym opowiedzieć.

Znacie te artykuły i profile na Instagramie, które pokazują jak bardzo nieoryginalne są foty z różnych miejsc na świecie? Co więcej, te powtarzalne zdjęcia to te najlepiej się klikające. Są to też często zdjęcia, które wywołują reakcję "chcę tam pojechać, to musi być takie super, takie romantyczne itp."



OK, w takim razie dwie sprawy.

Po pierwsze.
Nawet w najwspanialszych miejscach na ziemi, jak np. Bali, są takie lokalizacje, które są jeszcze bardziej WOW. Jeszcze bardzie wyjątkowe. Mają jakieś szczególne właściwości pozwalające na złapanie tam magicznego kadru. Takim miejscem jest np. odwiedzony przez nas wodospad w kanionie na Bali. Specyficzne ukształtowanie terenu i unosząca się mgiełka wodospadu pozwala na złapanie tam wyjątkowej gry światła. 

To miejsce akurat jest na razie miłym wyjątkiem od problemu, o którym tu piszę i może dlatego nie napiszę, gdzie się znajduje ;)
Podobnie jest z głową dinozaura na wyspie Nusa Penida, czy ogromnym kamieniem wbitym pomiędzy skały w norweskim fiordzie. 


To powoduje, że te miejsca przyciągają przede wszystkim bardziej lub mniej profesjonalnych fotografów. Za tymi fotografami często podążają ich obserwatorzy z social mediów. No i tu następuje kłopot i przechodzimy do drugiej, zasadniczej części mojej dzisiejszej rozkminki.

Przykładowe zdjęcie w stylu "oczekiwania vs. rzeczywistość"
Po drugie.
Ponieważ fotografowie - z racji, że jest to ich praca lub co najmniej daleko posunięta pasja. Potrafią odpowiednio zrobić zdjęcie. Są też gotowi do dziwnych zabiegów, jak np. przebieranie modelki w zwiewną sukienkę, bo wdrapaniu się na szczyt góry, czy palmę. Takie zabiegi nadają klimat zdjęciom. Bo chodzi o dobre zdjęcie. I nie ma w tym nic złego, to w końcu sztuka.

Problem może pojawić się jednak, kiedy w swojej podróży za bardzo uwierzysz tym zdjęciom wybierając lokalizacje. Jakiś czas temu pisałam, w jaki sposób ja używam Instagrama do planowania podróży. Ten post znajdziecie tutaj. W skrócie podpowiem tylko, że nie powinniście opierać się tylko na zdjęciach wprawnych fotografów. Warto sprawdzać też zdjęcia zwykłych turystów robione w tym samym miejscu.

OK, ale o co chodzi z tymi huśtawkami itp? 


Widzieliście to zdjęcie na naszych profilach? Dobrze się klikało... w sumie podobnie, jak to zdjęcie np. u Fun For Louis i pewnie prawie identyczne zdjęcia u kilku innych.





Hmm, a co powiecie na tą huśtawkę? 


Skąd ona się wzięła w środku dżungli. To takie losowe, takie magiczne romantyczne... Cóż. NIE. Zarówno to "gniazdko" jak i huśtawka i wiele podobnych miejsc to zwyczajnie atrakcje turystyczne. Pewnie kiedyś ktoś po prostu postawił huśtawkę, następnie ustawiła się do niej kolejka instagrammerów, więc dostawił kasę biletową. Nie wiem, spekuluję. Wiem, że w tej chwili takie zdjęcia, jak to powstają w miejscach przygotowanych po to tylko, żeby przyjmować turystów, którzy ustawiają się w kolejkach do poszczególnych huśtawek - tak w jednym miejscu jest ich kilka. Samo doświadczenie pohuśtania się jest spoczko. Huśtawki są dość wysokie, a panowie z obsługi mocno się starają i huśtają klienta mocno. Niemniej jednak nie ma co ukrywać, że każdy przyjeżdża tam zrobić sobie zdjęcie. Nie jest tanio. Wizyta w huśtawkowie kosztuje ok 25-35 USD. Ale często obejmuje lunch, to akurat spoko. Natomiast ja osobiście z trudem powstrzymywałam wybuch śmiechu, gdy pani w kasie wyliczała, jak bardzo ich huśtawkowo jest warte tych pieniędzy. "Mamy tu 6 atrakcji, 4 huśtawki, gniazdko i wielki kamień." Tak "wielki kamień|". W sumie gniazdko jest równie mało ekscytujące 😂 ale jednak wychodzi lepiej na zdjęciach. Tak romantycznie. Pomyślcie tylko, jak bardzo romantyczne jest wejście po drabince do patykowego koszyka (wait for it), gdy wiesz, że masz około 60 sekund na zdjęcie i za chwilę kolejka współturystów wkurzy się, że przedłużasz ich oczekiwanie. Nie, nie siedzisz tam z ukochanym na romantycznym obiedzie popijając winko i słuchając szumu wodospadu. Tak może to wyglądać na zdjęciu, ale to tylko zdjęcie. A huśtawka? Zwykle akcja jest podobna. Wsiadasz, bujasz się chwilę, podpięta uprzężą, robisz fotki "next". Pierwszy smuteczek - ta uprząż. 


Miało być tak dziko w środku dżungli. Nie, nie "safety first". Balijczycy dość mają durnych turystów, którzy robią sobie u nich krzywdę. Nie chcą zbierać ich spod huśtawek więc naciskają na bezpieczeństwo. Ale jakto, na Instagramie nie było uprzęży... O riiiliiii? Wracamy do zabiegów, o których profesjonalni fotografowie myślą. Z resztą możecie spojrzeć na naszych zdjęciach. Bardzo świadomie na huśtawki pojechałam w zwiewnej sukience. Wiedziałam, że będę musiała schować paski i klamry. Czy robiłam to po to, żeby kogoś okłamać? Nie. Przecież nawet bez pytania piszę Wam prawdę. Ale pamiętajcie, że ja i Andrzej żyjemy z robienia fajnych filmów. I dlatego własnie potrzebujemy robić takie zabiegi, wykorzystujemy dostępne środki do naszych celów. Natomiast, osoba, która chce doświadczyć klimatu Bali powinna raczej zastanowić się, czy chce wywalać 35 USD na chwilę huśtania się w uprzęży pod spojrzeniami oczekujących w kolejce współtowarzyszy. Nie mówię, że nie powinna. Warto jednak mieć świadomość w co się pakuje.

Podobnie jest w wielu innych kultowych miejscach: kolejka osób czekających na zdjęcie butów nad Horse Shoe Bend, kolejka osób, do stanięcia na kamieniu w Norwegii itp. Spokój, przestrzeń, autentyczność, dzikość, czy romantyczny nastrój widoczny na zdjęciach często jest pewnym złudzeniem. Nie absolutnym. Jednak widok jest nadal piękny, ale nie będziecie tam sami z czasem na medytację. 


Czy ten post jest krytyką internetowych twórców za oszukiwanie rzesz śledzących ich turystów? NIE! Twórcy po pierwsze mają na celu zrobienie pięknej treści. Po drugie chcą przekazać przez obraz nastrój i emocje, które sami przeżywają na żywo. Kontynuując przykład Bali - ta wyspa jest dzika, jest romantyczna, piękna, zapiera dech swoimi widokami. Niestety, poziom zachwytu, który czujesz na żywo na miejscu, gaśnie na zdjęciu lub nagraniu. Żeby zachęcić widza do odwiedzenia danego regionu trzeba pokazać mu coś co przykuje jego uwagę bardziej. Nie po to, żeby uważał, że w Norwegii warto wleźć tylko na ten jeden kamlot. Ale po to, żeby poczuł, dreszczyk, który daje na  żywo każde spojrzenie na fiord, na pole ryżowe, ocean itp.

Czy w takim razie warto podróżować śladami takich popularnych fotek... gdybym ja była na miejscu "zwykłego podróżnika" takiego, który nie żyje z robienia ładnych zdjęć i filmów - osobiście podeszła bym do tego bardzo sceptycznie. Ale np. Horse Shoe Bend jest tak wyjątkowym miejscem, że warto zobaczyć je niezależnie od okoliczności. Wam zostawiam oczywiście decyzję w tym temacie. Zależało mi jednak, żebyście znali tę prawdę. Szczęście/zadowolenie, to różnica pomiędzy doświadczeniem a oczekiwaniami. Jeśli więc oczekiwania będą realne, to nie zawiedziecie się i bardziej docenicie wybrany cel podróży.

Uff wylałam to z siebie :) A jeśli chcecie wiedzieć, gdzie pojechać na balijskie huśtawki, napiszcie w komentarzu pytanie.

Cześć

czwartek, 8 listopada 2018

ILE KOSZTUJE SPORTOWY WYJAZD DO USA? Kalifornia, Nevada, Utah

Podróże ubogacają, pieniądze nie dają szczęścia itp itd. Internet pełen jest takich haseł. Na koniec dnia jednak wiele sprowadza się do pieniędzy i tego ILE KOSZTUJE wymarzona podróż. Podliczałam tu wcześniej koszta wyjazdów do poszczególnych krajów Azji. Tym razem pora na podliczenie wyjazdu do USA.

Zanim jednak zacznę straszyć kwotami, muszę zaznaczyć, że jest wiele sposobów na urealnienie kosztów wyjazdów. Także w przypadku USA - bardzo drogiego kraju - są opcje takie jak wyjazdy na Work&Travel, czy opcje wolontariatów. 


Anyway... przejdźmy do konkretów. Właśnie wróciliśmy z naszego drugiego już wyjazdu do Stanów Zjednoczonych. Tym razem sami planowaliśmy nasz wyjazd i dlatego dokładnie znamy poszczególne koszta z nim związane. Na naszym kanale znajdziecie film, gdzie podajemy uśrednione ceny i podsumowanie, ile taki wyjazd przeciętnie mógłby kogoś kosztować. Tutaj podam Wam koszty, które ponieśliśmy wprost. W miarę możliwości wrzucę jak najwięcej konkretów o tym, gdzie spaliśmy i co tam robiliśmy. OK, zacznijmy więc.

Wyjazd do USA dla wielu osób zaczyna się od uzyskania wizy. My załatwiliśmy ten temat już w zeszłym roku. Dostaliśmy wtedy wizy ważne 10 lat. Nie było więc konieczności ubiegania się ponownie. Konkretne informacje o naszej specyficznej sytuacji wizowej wrzucam na samym dole tego posta w p.s.

OK, mamy już wizę możemy więc bez ryzyka kupować bilety. My lecieliśmy bezpośrednio do Los Angeles z Warszawy. Od jakiegoś czasu jest dostępne takie połączenie PLL LOT. Lot trwa ok 11-12 godzin. Ja zawsze sprawdzam loty korzystając ze strony lub aplikacji kayak. Zwykle wyszukuję tam połączenia, ale kupuję je w miarę możliwości bezpośrednio na stronach poszczególnych linii. Zdarza się, że na kayak'u wyskakuje super cena u pośrednika, ale na koniec np. nie ma tam bagażu, albo posiłku, czy jest inne zamieszanie. W tym przypadku nie było żadnych kombinacji. Kupiliśmy bilety za 2666,51 zł za osobę w obie strony. Łącznie za nas dwoje zapłaciliśmy więc 5333,02 zł. W tamtym momencie nie było wiele bardziej korzystnych ofert. Nic poniżej 2 tys. zł za osobę z dziwnymi przesiadkami. W tej cenie, LOT oferuje oczywiście ograniczoną liczbę miejsc, ale z odpowiednim wyprzedzeniem da się je kupić.


Na miejscu pierwsze kroki kierowaliśmy do wypożyczalni samochodów Sixt. Jeszcze przed wylotem zarezerwowaliśmy tam samochód. Nasz plan podróży przewidywał przejazd z LA do Lake Elsinore, następnie do Hurricane i Virgin w stanie Utah i powrót nad ocean do San Clemente. Nie byli byśmy w stanie zrealizować tego planu bez własnego środka transportu. Za 15 dni korzystania z samochodu, z pełnym ubezpieczeniem i tzw. roadside assistance (full opcja) zapłaciliśmy 680 USD, czyli 2728 zł. Do tego dochodzi jeszcze koszt paliwa. Benzyna w USA jest nieco tańsza niż w Polsce, ale też jej ceny różnią się pomiędzy stanami. W Kalifornii za galon (ok, 4,55 l) płaciliśmy do 4 USD, w Utah, nawet poniżej 3 USD. Łącznie na paliwo wydaliśmy 861,5 zł, a przejechaliśmy ok 1400 mil (2255 km). Wszelkie środki transportu kosztowały nas więc 5333,02 + 2728 + 861,5 = 8922,52 zł

Płaciliśmy za średniego SUV'a, ale na miejscu wyhaczyliśmy upgrade do małego pick-up'a. Polecamy takie autko w USA, szczególnie, gdy planujecie wozić deski surfingowe
Następna sprawa to noclegi. WAŻNA sprawa - nawet jeśli chcieli byście podróżować po USA kamperem pierwszą noc po przyjeździe musicie spędzić w hotelu lub innym stacjonarnym noclegu. To tak na marginesie. My zrezygnowaliśmy z kampera i nocowaliśmy w hotelach a przemieszczaliśmy się autem. Doszliśmy więc do cen noclegów. To w Stanach jeden z większych problemów. Noclegi są tam bardzo drogie - szczególnie wkurza relacja jakości do ceny. 50 USD (blisko 200 zł) to w zasadzie minimalna cena za noc w motelu/hotelu. Za tę kwotę dostajecie dość losowy standard. Czasem będzie to odnowiony, czysty duży pokój i ciepłe śniadanie. Innym razem za nawet wyższą cenę dostaniecie brudny pokój, bez śniadania i bez pewności czy pościel została zmieniona po poprzednich gościach. Tę samą ruletkę macie na przestrzeni 50-100 USD za dobę. Na większą kwotę i tak nie było by nas stać. Zastosowałam więc zasadę "najtańszy z sensownych". Uważnie studiowałam opinię na booking.com, ale jednak hotele traktowałam tylko, jako miejsca do spania, bez poszukiwania perełek. Iiiii tak... pierwszą noc spaliśmy w hotelu w LA Best Western Plus Commerce Hotel. Za noc ze śniadaniem zapłaciliśmy 259 zł. Hotel był położony daleko od centrum, i był w zasadzie jedyną akceptowalną cenowo opcją, gdzie nie pojawiała się opinia "okolica wydaje się niebezpieczna". Po tej nocy szybko wyjechaliśmy z LA i spędziliśmy kolejną noc i dzień w San Clemente, ok godziny drogi na południe. San Clemente to piękne miasteczko nad samym oceanem. Niestety trafiliśmy tam w piątek, a to oznaczało... weekendowe ceny. W USA w turystycznych miejscach ceny drastycznie rosną na weekend. Dlatego za średniawy hotel (Roadsicde Inn) zapłaciliśmy 410 zł.  



Cena obejmowała śniadanie. Z San Clemente pojechaliśmy prosto na strefę spadochronową Skydive Elsinore. Tam nasze finanse odetchnęły z ulgą, bo na strefie dostępny jest nocleg dla skoczków - raczej prosty hostel, z łóżkami piętrowymi, w cenie po 10 USD za osobę za noc (pod warunkiem, że skaczesz). Spędziliśmy tam 2 noce, które kosztowały nas łącznie 152 zł. Po skokach ruszyliśmy w stronę Red Bull Rampage. Na trasie postanowiliśmy zanocować w Las Vegas. Po zeszłym roku wiedzieliśmy, że w tym mieście (poza weekendem) można znaleźć nocleg z dość dobrą relacją jakości do ceny. Spaliśmy w hotelu Circus Circus i za noc w wieży zachodniej (hotel jest ogromny i każda jego część ma inny standard) zapłaciliśmy 256 zł, niestety bez śniadania. Stamtąd pojechaliśmy prosto do Hurricane w Utah. 


To chyba najbliższa miejscowość do lokalizacji Red Bull Rampage, gdzie dostępne były hotele. Za nocleg w Motelu Super 8 by Wyndham, przez 4 noce ze śniadaniami (w tym świeże gofry i jajka na twardo) zapłaciliśmy 806 zł. Motel był spoko, klasycznie nic szczególnie fajnego ani nic odrażającego. 

Stamtąd ruszyliśmy na ocean. Po drodze zatrzymaliśmy się w Barstow, znów w motelu Super 8 by Wyndham. Las Vegas nie wchodziło w grę, ponieważ w weekend najtańsze pokoje kosztowały tam po 1000 zł. W Barstow zapłaciliśmy 226 zł za noc ze śniadaniem. 

Baseny to prawie standard w motelach w USA w tej ciepłej części kraju. Ten w Barstow był bardzo fajnie otoczony zielenią
Kolejne 5 dni spędziliśmy już w San Clemente. Znów zastosowałam zasadę "najtańszy z sensownych" i po przestudiowaniu bookingu padło na hotel Miramar. Nie powiem, żebym była super zadowolona, bo tuż przy wejściu do naszego pokoju znaleźliśmy tablicę informującą o tym, że budynek zawiera azbest (szok!). 
  

Zasadniczo jest tak w przypadku większości moteli w USA - to taki standardowy typ budynku. Niemniej jednak nie chcesz widzieć tego tak wprost napisanego. Inne hotele, które rozważałam z zewnątrz sprawiały lepsze wrażenie, jednak opinie o nich były bardzo złe. Amerykanie potrafią odpimpować hotel na zewnątrz zostawiając syfek w pokojach, więc cóż... może było tak też w tym przypadku. Nasz hotel poza azbestem był jednak czysty i niedawno odnowiony. Za 5 nocy ze śniadaniami zapłaciliśmy tam 1424 zł
Za wszystkie noclegi zapłaciliśmy więc łącznie 3533 zł

No dobra, ale nie pojechaliśmy do USA tylko jeździć i spać. Pora na wyliczenie kosztu zajawkowej części wyjazdu. Atrakcje mieliśmy 3: skoki spadochronowe, Red Bull Rampage i surfing. Na pierwszy ogień poszedł surfing. 

Kalifornia słynie z surfingu nie bez powodu. Wokół San Clemente znaleźliśmy super spoty, ale o tym innym razem
Już przy pierwszej wizycie w San Clemente znaleźliśmy najlepszą wypożyczalnię i spot na surfing. Deski braliśmy ze sklepu Rip Curl na obrzeżu miasteczka. za 24 godziny za jedną deskę podstawowa cena to 32,5 USD (licząc z podatkiem), druga doba kosztowała 26,5 USD, można też było wybrać opcję 4 godziny za 21,5 USD. W naszych konfiguracjach wyszło nam łącznie 226 USD czyli 845 zł. Najlepsze dla nas spoty umieszczone były przy plażach stanowych. Wjazd na plaże stanowe to koszt 15 USD dziennie (za samochód i pasażerów). W ramach tej ceny możesz zmieniać miejsca w ciągu dnia. My tę kwotę zapłaciliśmy 5 razy. To daje 75 USD czyli 280 zł

Dalej ruszyliśmy na skoki. Nie ma tu potrzeby wchodzenia w szczegóły organizacji i kosztów skoków z Seanem MacCormackiem z Red Bull AirForce. Na szczęście także ja skoczyłam sobie na zwykłych zasadach. Jako skoczek bez licencji odbyłam 2 studenckie skoki. Pierwszy z instruktorem za 129 USD oraz drugi samodzielny za 69 USD. W tej cenie wliczony jest cały niezbędny sprzęt. Dla samodzielnych skoczków koszt biletu do góry to 25-26 USD, do której trzeba ewentualnie doliczyć wynajem sprzętu, układkę itp. Nas to nie dotyczyło. Za moje 2 skoki zapłaciliśmy więc 198 USD, czyli 740 zł.

Nie był to może najlepszy skok w moim wykonaniu, ale przeżycie, jak zawsze warte pieniędzy
Po skokach ruszyliśmy na Rampage. Na szczęście, jako akredytowane media nie płaciliśmy za udział w Red Bull Rampage. Cena standardowego biletu na dzień eventu to 100 USD za osobę, jest to jednak koszt, który nas ominął. Upiekło nam się także z ceną wizyty w parku narodowym Kaniony Zion. Skorzystaliśmy z przepustki kolegi, który kupił roczny pass. Jednorazowa (tygodniowa) przepustka na samochód z pasażerami kosztowała by nas 35 USD.

Udział w Red Bull Rampage to rewelacyjne doświadczenie, dla zawodników, kopaczy i mediów na pewno inne niż dla widzów. Tak czy inaczej warto wybrać się za rok. W końcu znów będzie można kibicować Szymonowi.
OK podsumujmy koszt zajawek: 845 + 280 + 740 = 1865 zł

No i najlepsze... tak serio to najgorsze, zostawiłam na koniec. Jedzenie w USA to koszmar. Po pierwsze jest zwykle niesmaczne, po drugie - drogie. Im smaczniejsze tym droższe. 

Myślę, że szczególnie dziewczyny mnie zrozumieją
Na szczęście nie jesteśmy foodiesami, dlatego przez te 2 tygodnie w zasadzie szukaliśmy w jedzeniu pożywienia i tyle. Już wcześniej pisałam o tym, że wybieram zwykle hotele ze śniadaniami. Dzięki temu oszczędzaliśmy na pewno od 15 do 35 USD dziennie (tyle kosztują zwykle śniadania na mieście) choć pewnie nie nasze zdrowie. Jedynie w pierwszym hotelu dostępne były dość zdrowe opcje ze świeżych produktów. Ale niezdrowe jedzenie to powszechny problem w tamtym kraju i tyle. Obiady kosztowały nas przeciętnie od 13 do 20 USD. Zwykle napychaliśmy się wegetariańskimi burrito - koszt 5-8 USD za osobę, porcja  ogromna. Całkiem spoko były pizze dostępne na kawałki. Rozmiar amerykańskiej pizzy powoduje, że na posiłek starczał nam 1-2 kawałki, czyli koszt ok 5-9 USD. Gdy pokusiliśmy się o coś bardziej wyszukanego musieliśmy się już liczyć na osobę z kosztem 16 USD - wege  burgery w Hermosa Beach, czy 22 USD - pad thai w Springdale. 


Pobyt na Red Bull Rampage stanowił dla nas pewną oszczędność. Na miejscu korzystaliśmy z cateringu, gdzie karmiono nas całkiem nieźle. Ostatecznie szacuję, że na jedzenie, większe i przekąski wydawaliśmy średnio ok 30 USD dziennie na nas dwoje. Czyli szacunkowy koszt szamki ustalamy na łącznie 1720 zł

Do tego dodajmy jeszcze 80 USD , które zapłaciliśmy za kartę Sim w T-Mobile. Za tę cenę mieliśmy nieograniczony szybki internet i amerykański nr telefonu na czas wyjazdu. To koszt konieczny dla nas ze względu na pracę. W peelenach wychodzi 300 zł.

Czyli ile wychodzi nam razem:
16340,52 zł

Oczywiście nie jest to koszt równy co do złotówki temu, co wydaliśmy. Kupiliśmy na miejscu parę rzeczy, od tak, dla zachcianki. Tego nie wliczałam. Mam jednak nadzieję, że ta kwota daje Wam obraz tego, z jakim kosztem trzeba się liczyć planując zajawkowy wyjazd do USA. Czy da się taniej, pewnie tak. Czy da się drożej - to zawsze! Niestety Stany nie są tanim miejscem. Naszym zdaniem jednak warto wybrać się tam i samodzielnie zorganizować wyjazd odpowiadający Waszym pasjom, jak ten odpowiadał naszym. Czy wszystko było jasne? Jeśli macie jakieś pytania, jak zawsze chętnie odpowiem na nie w komentarzach o ile będę znała odpowiedź. Tymczasem do następnego...



p.s. obiecana pogadanka o sprawach wizowych.

Gdy jedziesz do USA pierwszy raz pamiętaj, żeby minimum miesiąc wcześniej złożyć odpowiednie wnioski wizowe. Wszystko zrobisz na stronie www.ustraveldocs.com. Cena ubiegania się o najpopularniejszą wizę (B1/B2 Turystyczna/Biznesowa) to 160 USD. Myślę, że warto tu wspomnieć o mojej konkretnej sytuacji. W zeszłym roku wizę uzyskałam tuż przed ślubem. Wiza trafiła do mojego starego paszportu (paszport z panieńskim nazwiskiem ważny jest przez 2 miesiące po ślubie i właśnie wg tej zasady podróżowałam wtedy do Kanady i USA). Po powrocie z USA rok temu musiałam już uzyskać nowy paszport, z nowym nazwiskiem. Wiza została w starym paszporcie. Wydając nawy dokument pani w urzędzie zadbała o to, żeby nie dziurkować strony z wizą w starym paszporcie. Na dowód tego, że zmieniłam nazwisko po ślubie pobrałam jeszcze tzw. wielojęzyczny odpis aktu ślubu (odbiera się go od ręki w dowolnym Urzędzie Stanu Cywilnego, a opłata to 22 zł). Ostatecznie podróżowałam z kompletem: stary paszport z wizą, nowy paszport, wielojęzyczny odpis aktu ślubu. Nikt nawet nie mrugnął okiem i nie było z tym żadnego problemu.

Przydatne linki:

niedziela, 4 listopada 2018

PRZYZNAJ SIĘ - Ty też nudzisz się na wakacjach!

... może nie... ale jeśli tak, to czytaj dalej, może w tym poście znajdziesz odpowiedź dla Ciebie.
Urlop, wakacje, podróże - wielu z nas czeka na nie cały rok. Jedziesz w piękne miejsce. Tropiki, zabytki, plaża, piękne widoki. OK - marzenie. I co z tego, jeśli po prostu się tam nudzisz?


Po pierwsze masz prawo przyznać się przed sobą i kimkolwiek tylko potrzebujesz, że pobyt choćby w raju na ziemi Cię nudzi. Im szybciej to zrobisz, tym szybciej zaczniesz szukać na to lekarstwa. Olej ludzi, którzy będą wzbudzać u Ciebie wyrzuty sumienia. My też słyszeliśmy, że nie wypada mówić źle o wyjeździe, o którym inni mogli by tylko pomarzyć. I co? Moim zdaniem wypada, bo najważniejsze to rozpoznać co lubisz, a czego nie. Następnie trzeba zacząć tak planować swój czas, żeby spędzać go zgodnie ze swoimi pasjami.

Treneiro szwędający się po pięknych świątyniach, które nazwaliśmy sobie roboczo "ruinkowo" 

Treneiro na zajawce dojechali do niesamowitej świątyni ukrytej w kambodżańskiej dżungli. Widać chyba różnicę 😎
Jak w takim razie mam się nie nudzić na wakacjach? Naszą odpowiedzią jest zamiłowanie do różnych sportów. Uświadomiliśmy sobie, że to nie miejsce podróży jest dla nas najważniejsze, a to jaką z naszych ulubionych aktywności będziemy mogli tam wykonywać. Najlepiej jest więc znaleźć synergię (tak tak użyłam tego słowa) lokalizacji i sportu. Dzięki temu możemy poznawać świat i nowe miejsca, a jednocześnie nie nudzić się tam. Ja nazwałam to sobie turystyką sportową. 

Jak ją praktykować? To proste. Krok pierwszy (1) pokochaj jakiś sport. Im więcej dyscyplin tym lepiej. Następnie (2) znajduj miejsca, gdzie możesz ten sport uprawiać. Przykładowo: surfing. My zaliczyliśmy już fale w Portugalii na południu i północy tego kraju. Na Bałtyku w Polsce. Następnie w Kanadzie, Vancouver Island, w Malibu w Kalifornii, na Bali w Indonezji, w Mui Ne w Wietnamie. W tej chwili znów korzystamy z fal Kalifornii w okolicach San Clemente. 



Co najmiej kilka z tych miejsc, jeśli nie wszystkie, odwiedziliśmy właśnie z myślą o surfingu. Czy to znaczy, że tylko na tym się tam skupiliśmy? Oczywiście, że nie. Poza sesjami na wodzie odpoczywaliśmy odwiedzając piękne miejsca w głębi lądu. Taki zasłużony odpoczynek był znacznie lepiej przyjmowany niż wymuszone szwędanie się po ładnych okolicach.

Jako rest-day wyprawa na huśtawki i takie tam do dżungli? Oczywiście!
Co da Ci takie podejście do wyjazdów? Cóż...

Kiedyś już pisałam o tym, że robiąc coś, co budzi silne emocje wzmacniasz wspomnienia konkretnego miejsca. Nadal trzymam się tego zdania. Zdecydowanie łatwiej jest mi pamiętać konkretne momenty, złapane fale, te nie złapane, udane i nie udane próby pływania za latawcem, zjazdy po stokach narciarskich itp. itd. Każda taka sytuacja jest przygodą. Dużo łatwiej pamiętać przygodę niż widoczek. My zwykle mamy swoje przygody nagrane, ale zasadniczo nie jest to nawet potrzebne, bo po prostu lepiej się je pamięta.

Widoczek fajny do kawki, ale jeszcze lepszy do rowerów.


Druga sprawa, to zwyczajnie wyeliminowanie nudy. Jadąc w miejsca, gdzie możesz uprawiać swój ukochany sport, zwyczajnie masz tam coś do roboty. Nie tylko czas uprawiania sportu, ale też organizacja, znalezienie sprzętu, ustalenie najlepszych miejscówek itp. angażuje Twój umysł w fajny sposób, często zupełnie inny niż codzienne życie. 

Dzięki sportom, czy tak naprawdę jakiejkolwiek pasji, jaką realizujesz w podróży, pozwolisz sobie też na nawiązanie szczególnej więzi z ludźmi na miejscu. Pod tym względem polecamy zdecydowanie organizowanie tych sportów w możliwie największym stopniu poprzez tzw. lokalsów. Nie zawsze Ci się to uda. Nie zawsze też osiągniesz zakładaną relację z nimi. W większości przypadków jest to jednak rewelacyjny sposób na nawiązanie bardzo fajnych znajomości - takich opartych o łączące Was pasje i doświadczenia. Ja bardzo dobrze wspominam pod tym względem szczególnie Indonezję, a konkretnie Bali. Jeżdżąc na rowerach poznaliśmy tam faceta, który rzucił swoją karierę prawniczą w stolicy Indonezji i został przewodnikiem rowerowym na Bali. Spotkaliśmy też świetnych riderów na lokalnym pumptracku, a następnie naszego ulubionego instruktora surfingu Anga. W czasie naszego aktualnego pobytu w USA mieliśmy okazję skakać ze spadochronem w legendarnej strefie Skydive Elsinore i tam spotkać (a nawet skoczyć razem z nimi) prawdziwe ikony tego sportu. Dzielenie się doświadczeniami z takimi ludźmi zawsze wzbogaca nasze życie, a czasem może prowadzić do realizacji wspólnych projektów, czy po prostu do fajnej przyjaźni. W relacji turysta - przewodnik zwykle nie nawiąże się takiej relacji.

Z nami legenda Joe Jennings. Rewelacyjne spotkanie na strefie Skydive Elsinore, która działa już 60 lat!
Nie wiem, czy muszę Was dalej przekonywać. Warto chyba jednak dodać, że mój tekst można z pewnością zastosować też do innych pasji, jak architektura, sztuka, wino czy gotowanie. Ważne, jednak, by ten cenny czas urlopu i wakacji spędzać w sposób wartościowy dla siebie i w pełnej zgodzie ze swoimi zainteresowaniami. Nie daj sobie wmówić, że musisz być wdzięczny i zachwycony łażeniem wokół ruin, jeśli zwyczajnie Cię one nie interesują.

Tak na zakończenie przypomniałam sobie jeszcze o jednej sztuczce, którą może zastosować ktoś, kto potrzebuje sportu tak, jak my. Gdy tylko możemy zabieramy w podróż deskorolki. Nie, nie jeździmy na nich za dobrze, mimo to zawsze są dla nas świetną alternatywą dla spaceru. Zawsze jakoś wolimy pojeździć na czymś zamiast chodzić. 

Treneiro Mistrze Deskorolek :D
A co Ty najbardziej lubisz robić w podróży? Czy masz takie pseudo-ADHD sportowe, jak my? A może starannie wybierasz trasy podróży pod kątem świetnych restauracji (przy okazji - chętnie przyjmiemy jakieś ciekawe wege miejscówki). Jak zawsze bardzo chętnie poznam Wasze zdanie w komentarzach. 

XOXO
Zuza

Szukaj na tym blogu

logo